|
--Sobota-- Ech, jak ja nie cierpię tych chwil po obudzeniu! Spałem całe trzy godziny i jestem zupełnie nieprzytomny. Kac po połączeniu wódki z piwem jest wstrętny. Do tradycyjnego bólu głowy, dziwnych stanów żołądkowych i ogólnego rozdrażnienia dochodzi jeszcze język jak kołek i „trampek w gębie”. Ci z brygady, którzy położyli się wcześniej, buszowali już po łazienkach. Wczoraj Patyczak zaplanował wyprawę na szczyt i przygotowania do wymarszu już się zaczęły. Należało ochlapać gębkę, umyć co trzeba z alkoholowego smrodu i gonić na śniadanko do wspomnianej trochę wyżej knajpki, czyli do „Zajazdu pod Połoniną”. Flaki o poranku to zbawienie dla sponiewieranego żołądka. Barmanki uśmiechały się do nas bardzo uprzejmie i widać było, że chwalą sobie naszą wieczorną wizytę. Otrzymaliśmy nawet zapewnienie, że dzisiejszej, czyli sobotniej nocy, będziemy mogli u nich gościć tak długo, na ile nam sił starczy. Pokrzepieni dobrymi wieściami wróciliśmy do chatki i od tej pory do popołudnia zaczęły się „zajęcia w podgrupach”.
Mnie udało się porwać Vronkę nad strumyk i przez jakąś godzinkę poznawać uroki tego miejsca. Co do reszty uroków tego spotkania, szczegółów rozmów i strumieni myślowych odsyłam do małej żaby, która pływała w lodowatej kałuży i jest najlepiej poinformowana. W tym czasie załoga wytrawnych wspinaczy podążała już po szlaku.
Wetlińsko – znaczy bajkowo
Leniuchy na czele ze mną wygrzewały się w słońcu na ławeczkach przy barze. Przybiegł ktoś i poinformował, że właściciel pensjonatu chce rozmawiać z szefem imprezy. To ja rezerwowałem te miejsca, więc z lekko kwaśną miną udałem się do jego kanciapy. On minę miał także nietęga i był delikatnie mówiąc wzburzony. Zaczął podniesionym głosem wypominać nam nasze grzechy, a do szczególnie bolesnych należały nocne wybryki i huczna hulanka, która spowodowała, że jego znajomi, którzy zakwaterowani byli nad nami nie zmrużyli oka przez całą noc, a rankiem „podziękowali” mu za gościnę i wyprowadzili się. Nasłuchałem się przypowieści o tym, jak to w tym spokojnym ośrodku mieszka sobie czasem i setka ludzi i cisza i spokój jak makiem zasiał. Prowadzi ten hotelik od wielu lat i twierdził, że tak wyjątkowej – około trzydziestoosobowej – grupy to nie pamięta. To, że jesteśmy wyjątkowi wiedziałem już wcześniej, ale właściciel chyba nie i konkluzją jego dość zwięzłych wywodów była nasza natychmiastowa wyprowadzka z tego miejsca. Próbowałem mu wytłumaczyć, że jest bieda, bo nas jest sporo i że nie mamy się gdzie podziać, ale na niego nic nie działało. Był ostro wkurzony i tyle.
Boskie leżakowanie
Obwieściłem tę oto „radosną” nowinę olimpijczykom, którzy byli na miejscu. Nie martwcie się, duch naszej góry tak szybko nie zamiera. Nie byliśmy jakoś szczególnie poruszeni. Flash poszedł na koniec miejscowości i wracając zwiedzał miejsca, w których moglibyśmy zamieszkać. Duże schronisko PTTK było o tej porze zamknięte, a pozostałe domy nie miały aż tak wiele miejsc noclegowych. Sytuacja zaczęła być troszkę nieprzyjemna. Minęło jakieś półtorej godziny od rozmowy ze zdesperowanym panem Adolfem. Poszedłem do niego po raz kolejny. Miałem nadzieję rozliczyć się i przynajmniej rozejść się w spokoju. Złość już mu trochę opadła, zaczął wyliczać nasz dług. Ku mojemu zdumieniu policzył nam koszt pobytu za dwie doby, bo kolejna doba hotelowa już się zaczęła. Bez wrzasków pogadałem z nim, wytłumaczyłem co nieco, dlaczego się spotykamy, dlaczego było tak głośno, przeprosiłem, dołożyłem mu rekompensatę w gotówce za straconych klientów, zapewniłem o zrozumieniu problemu i zmianie naszego trybu nocnego na cichy i spokojny. Miał już normalną minę i w końcu zapytałem czy możemy tu zostać jeszcze tę jedną noc. Zgodził się znowu przypominając o tym, co się nie może powtórzyć. Zapewniłem go po raz dziesiąty i zobowiązałem się do osobistego nadzoru nad zachowaniem każdego zjazdowicza z osobna.
Pociąg namiętności
Ufffff, udało się! W naszych szeregach zrobiło się spokojnie i zaczęła powracać zagubiona przez te parę godzin sielanka. Jedna grupa wspinaczy powróciła do obozowiska, na szlak wyruszyła kolejna, więc znowu było pięknie i spokojnie. Wędrówki wśród cudownych pejzaży, niepowtarzalnych ludzi, cudownych zapachów uspokoiły nasze umysły na długi czas w trakcie i już po zjeździe. Nie wiem, jakie dokładnie miały one działanie na nasze organizmy, ale okazało się, że wszyscy przez co najmniej tydzień od wyjazdu z Wetliny, dalej czuli jakoś dziwnie lepiej. Dla większości z nas było to miejsce wcześniej nieznane, ale już po przybyciu w te góry mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli tu od zawsze i aż ciężko było sobie wyobrazić, że trzeba będzie stąd wyjechać. Pokój i balkonik zajmowany przez, nazwijmy to, grupę Nutki i Dantosa, rozbrzmiewał piosenkami i dźwiękami gitary. Zebrało się tam sporo osób i mniej lub bardziej ochoczo zdradzało swoje zapędy wokalne. Śpiewniki pękały w szwach, Dantosowi drętwiała już ręka od uderzania w struny, ale jak zawsze dzielny był i twardy jak na rycerza przystało.
Lepiej być nie może...
Nadszedł wieczór. Gdzieś około siódmej zaczęliśmy zbierać się w już naszej jadłodajni. Wyraźnie stanowiliśmy siłę w tym lokalu. Stoły zostały połączone, uginały się pod ciężarem jadła i ogromnych ilości piwa. Wszyscy ci goście, którzy byli w tym barze, a nie siedzieli przy nas, wyraźnie czuli się nieswojo na tej olimpijskiej imprezie. Dla mnie nadeszła chwila prawdy, więc rozliczenie się z zebranych środków walutowych z każdym uczestnikiem zjazdu. Okazało się, że nie ma braków finansowych i po trzykrotnym liczeniu i wymienianiu przez Byczka kolejnych nicków, cała operacja została zakończona. Niebo na Wetliną stało się znowu ciemne i mieniło się mnóstwem światełek, które zachwycały bardziej rozmarzonych Olimpijczyków. Uruchomione zostały kolorowe światła w sali obok, więc tłumnie tam ruszyliśmy. Pisałem, że w piątek bawiliśmy się świetnie... heh – to, co się działo sobotniej nocy, to nie zabawa, a czysty szał! Pozwólcie, że wspomnę tylko o paru szczegółach, bo opowiedzieć się tego nie da. Muzyka Brathanków wyzwoliła w nas jakieś góralskie instynkty. Flash z Dantosem zaczęli szaleć w parze niczym dwóch tancerzy ludowych i wychodziło im to kapitalnie. Nutka i Ina również w parze wzbudzały ciekawość patrzących, brykając wesoło po parkiecie. Belcia stwierdziła, że nie umie tańczyć – gały nam lekko wyszły na wierzch, jak przekonaliśmy się co to oznacza dla biednych partnerów – zawał serca w najlepszym przypadku. Moskwa pędziła między ludźmi niczym ekspres do Odessy. Vronia rozdarta między sześcioma adoratorami biegała w podskokach z sali tanecznej do tej z połączonymi stołami, niczym sprężynka z jej loków. Meja, która pojawiła się na zjeździe w sobotę uwodziła coraz to nowych znajomych, ale okazało się, że nie bardzo mogą dotrzymać jej kroku. Niesia, porwana przez Suję do pląsów, zatopiła się w nim zupełnie, a ze zrozumiałych względów nie widzieliśmy, co się z nią działo. Kicia niestety nie spędziła połowy nocy podskakując wokół wirujących świateł, a podziwiała uroki kompanów przy stole i czar wetlińskiego nieba już zdecydowanie za stołem. Elbląski siedząc z nami bez Bulinki, która odpoczywała po wejściu na szczyt, około godziny dziesiątej stwierdził, że ma dość tych wszystkich przystawiających się do niego kobiet i poszedł spać. Byczek, adorowany przez Meję, nie dał się skusić... nie wiem na co, ale się nie dał! Edith nie było już z nami, bo wyjechała po południu na chrzciny, których opuścić nie mogła. Zabawa była zupełnie wariacka, ja oddaliłem się w kierunku domku. Wiem, że nocą szalał Radzio, a Qska rozgrzał kobiety do czerwoności urządzając striptiz o słusznej porze. Do naszego wesołego kółeczka dołączyło mnóstwo ludzi. Turyści zakwaterowani jak się wydaje w ośrodku PTTK, zawitali tłumnie w ilości kilkudziesięciu osób do naszego lokalu. Zrobiło się jeszcze tłoczniej i dzięki temu ciekawiej. Najbardziej charakterystyczną postacią była pewna dama, która miała ponad 2 metry wzrostu, liczne piękne atrybuty i wspaniale ruszała się w rytm muzyki. Muzyka grała do trzeciej nad ranem i właśnie koło tej godziny zmęczeni już bardzo bogowie zaczęli powracać na legowisko.
Pokój, w którym zakwaterowani byli Byczek, Picek, Flash i ja dzięki temu, że Patyczak został na noc i innym sprawom nocnym wzbogacił się o dwójkę nowych lokatorów. Nie byli to bynajmniej lokatorzy zwykli, a były to: Kicia i Vronia. Sprawą oczywistą jest, że miejsce było i owszem, a i śpiworki się przydały. Kicia położyła się przy Byczku, a Vronia miedzy mną a Flashem. Nie myślcie sobie, że udało się nam zasnąć. Vneb nie bardzo miał z kim wypić piwo, więc siedział u nas pokoiku. W końcu Byku zmęczony już ciągłym gadaniem podniósł głowę i rzekł: „co ty... własnego pokoju nie masz?!”. Zebrane w pokoju bractwo pokładało się oczywiście z Byczka, który znany jest ze stoickiego spokoju. Smok poszedł na swoje śmieci, ale komedia trwała. Leżymy i znowu słychać Byczka, który mówi do Kici: „tak dobrze?” Śmialiśmy się jak przygłupki, a Byczek w końcu wrzasnął żebyśmy się zamknęli, bo nie może się skupić, co wywołało kolejne szaleństwo. Flash zapewniał Byczka, że jak czegoś nie wie, to spokojnie może się zapytać... ale Byku nie chciał rady, a chwili spokoju. Zapadła cisza i powiedziałem Byczkowi, że jak Kicia jest sztywna, to znaczy, że jest martwa, a nie gotowa... i nawet on się rozbawił, a owa myśl była przez czas jakiś jego wiadomością na wejście. Byku następnie groził ludziom śpiącym za ścianą, że w końcu zrobi porządek z nimi i hałasem, ale obyło się bez ofiar. Po ponad godzinnym maratonie uśmiechów i doskonałych reakcji Byka udało się nam zdrzemnąć.