Zjazdownia      Wetlina 2000: To nie są ludzie! (4)
     Undertaker, zdjęcia: Droid, Patyczak, Undertaker
 
--Niedziela--

Kicia

Jak się pisze niewyspane „k”?

Temperatura w nocy musiała spaść poniżej zera, bo szadź osiadła na trawniku przed „Rumcajsem”. Tuż po obudzeniu przyszło się nam żegnać. Wyjeżdżali pierwsi bogowie. Odprowadziliśmy ich na przystanek PKS-u. Zaczęły się całowania i uściski i niestety... dokonało się rozstanie. Dotarło do nas w końcu, że ten cudowny weekend dobiega końca. Wróciliśmy i poszliśmy na śniadanko. Dzień znowu zaczął się słonecznie i było już dużo cieplej. Herbatka i przekąski z „Zajazdu” były mniamuśne. Robiliśmy ostatnie zakupy, kupiliśmy parę pamiątek. „Grupa pociągowa” zaczęła poszukiwać transportu z Wetliny do Zagórza. Kilka telefonów do właścicieli busów nie dało żadnych efektów. Zdecydowaliśmy się na autobus PKS, który wyruszał z Wetliny około trzynastej. Siedzieliśmy na ławeczkach przed barem, piliśmy „coś niecoś” i w dobrych humorach oczekiwaliśmy na wiszące już w powietrzu pożegnanie. Pojechali już Bulinka i Elbląski. Jako kolejni wyjeżdżali srebrną strzałą Niesia, Sirek i Suja. Coraz trudniej było się żegnać. Odjechali... Vneb podstawił swoją strażacka brykę i za moment pakowali się goście z południa: Ina, Nutka, Vronia, Dantos i Smok. Skończyły się żarty, zaczęły się schody. Odjeżdżali już ostatni poza nami, „grupą pociągową”. Uściski nie miały końca, a nie obyło się też bez rozpaczy. Zjazd zakończyły łzy Vroni i szczere życzenia jak najszybszego ponownego spotkania. Lanos odjechał, a ci, którzy pozostali przenieśli się na przystanek autobusowy.

--Powrót--

...oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!

Wreszcie jedziemy. Autobus stanął na dłuższy postój w jakiejś miejscowości, a tuż obok przystanku stał pięknie zachowany czołg. Próbowaliśmy ruszyć go z cokołu, ale mimo wysiłków całej grupy nie udało się. Belcia wdrapała się na wierzch pojazdu i uczepiła się na lufie. W wesołych nastrojach wróciliśmy do autobusu. Dojechaliśmy do Zagórza, kupiliśmy bilety na pociąg i zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca, w którym karmią i można przesiedzieć kilka godzin, które nam zostały do odjazdu. Od tubylca dowiedzieliśmy się, że jakiś kilometr od dworca jest pizzeria na dobrym poziomie i tam możemy znaleźć dokładnie to, czego szukamy. Poszliśmy we wskazanym kierunku. Torby potwornie nam ciążyły, ale gdzieś w końcu musieliśmy dojść. Dotarliśmy do stylowego lokalu z betonowymi białymi stoliczkami, ławkami na zewnątrz pod zadaszeniem i stolikami tradycyjnymi już w środku. Przy barze stał właściciel – Włoch troszkę mówiący po Polsku – i serwował pyszną pizzę oraz równie smaczne spagetti. Najedliśmy się do syta, przesiedzieliśmy sporo czasu, znowu opiliśmy się piwa. Czas mijał dość szybko. Dziwnym trafem dla mnie i dla Belci zabrakło miejsca przy stoliku, więc usiedliśmy przy kolejnym. Pozostała część naszej gromadki poszła coś pozwiedzać, a my we dwoje plotkowaliśmy sobie przez dobre dwie godzinki. Jak już byliśmy w pociągu, sytuacja się powtórzyła i tak oto mieliśmy okazję do obgadania zjazdu, zjazdowiczów, zjazdowiczek i... wielu innych spraw. Nocą okazało się, że pociąg, którym jedziemy musi zaczekać na jakiś inny, w związku z katastrofą kolejową, która wydarzyła się właśnie tamtej nocy niedaleko Przemyśla. W Radomiu opuścili nas Belcia i Radzio i w końcu po ciężkich bojach dojechaliśmy do Warszawy, ale ze stuosiemdziesięciominutowym opóźnieniem. Pożegnaliśmy się grzecznie, znowu kilka uścisków, całusy od Byczka i każdy udał się w swoją stronę. Flash i ja wsiedliśmy do pociągu do Ełku. Dosiedliśmy się do dziewczyny, z którą zaczęliśmy rozmawiać. Pochodzi ona z Mazur, niedawno skończyła farmację w Białymstoku i wracała do domku po rozmowach w sprawie pracy. Powroty pociągiem ze zjazdów Olimpu właśnie od Warszawy zawsze niosą ze sobą spotkanie kogoś niezwykłego, z kim ciężko się rozstać. Do samego Białegostoku opowiadaliśmy sobie wzajemnie różne historie, głównie związane z relacjami damsko-męskimi. Pożegnaliśmy się bardzo serdecznie i z nadzieją na to, że może się jeszcze spotkamy na tej trasie. Dojechaliśmy do Ełku. Wróciłem do domu i w tym oto cudnym nastroju zostałem postawiony, jeszcze z plecakiem na sobie, przed szarym dniem, a konkretnie pismem z Urzędu Skarbowego. Poczułem, że jestem już w domku.

--Podsumowanie--

Spotkanie w Wetlinie spowodowało pewne nieodwracalne zmiany. Okazało się, że ludzie mogą spotkać się w pełnym, ustalonym wcześniej gronie. Nie działo się w tym miejscu nic szczególnego. Nie było bonusów, konkursów, bezpłatnego piwa czy atrakcji sprawnościowych. Jaka więc była przyczyna tego, że świat po zjeździe nie wyglądał już tak samo? Real i to co jest naszą rzeczywistością ircową przewróciły się na drugą stronę. Mnie poprzewracało się dużo więcej niż byłem w stanie sobie wyobrazić. Ducha wetlińskiego czuję do dzisiaj i życzyłbym sobie czuć go już zawsze. Dziękuję Wam wszystkim, którzy pozwoliliście mi przeżyć te trzy dni w atmosferze zupełnie boskiej. Vronia powiedziała mi, żebym nie pisał o końcu. Wyjazd z bieszczadzkiej wsi to nie koniec, a tylko początek. Jestem pełen wiary, że to początek czegoś lepszego. Lepszego życia, lepszego świata, lepszych ludzi i lepszych uczuć. Jak będzie – zobaczymy. Wetlina jest tylko jedna i nie da się jej z żaden sposób powtórzyć. Oby kolejne spotkanie olimpijskie przepełnione było tak dobrą energią jak to ostatnie.


Chciałbym przeprosić, szczególnie Sirka, za to, że nie dotrzymam pewnego zobowiązania zjazdowego. Jeszcze we wrześniu zrezygnowałem z organizowania i uczestniczenia w następnym zjeździe Olimpu. W związku z tym nie mogę zapewnić, że odbędzie się on nad morzem.

Poprzedni Następny Powrót