|
--Piątek--
Nareszcie w raju...
Czułem się potwornie zmęczony. Cała ta podroż i potężny kac, który pozostał po ostatniej nocy nie napawały mnie optymizmem. Przez całą podroż busem myślałem tylko o tym, by się w końcu położyć na jakimś wyrze i odpocząć. Widok obecnych już na miejscu kilku osób bardzo mnie ucieszył. Mordki mieli roześmiane i szczęśliwe. Zapakowałem się wraz z innymi do swojego pokoju i w końcu był czas na relaks. Wydawało mi się, że zasnę, ale mnogość emocji związanych z pięknem i atmosfera tego miejsca oraz ruch panujący wokół sprawiły, że poderwałem tyłek z wyrka i poszedłem pogadać sobie z tymi, dla których wlokłem się przez pół świata. Koszulki i znaczki, które przygotowaliśmy razem z Patyczakiem i Flashem w końcu zostały wręczone odpowiednim osobom. Bardzo mi było przyjemnie, jak olimpijczycy cieszyli się z ich posiadania. Spacerek, na który wybrałem się z kanałowiczami, był zbawienny. Poszliśmy na jakieś żarło do knajpki, w której za kierowniczkę, kelnerkę, i kucharkę robiła ta sama pani. Nie bardzo przejmowała się tym, że czekaliśmy na złożenie zamówienia ok. 20 minut. Robiła swoje, w należytej kolejności, bez stresu i uczuć, taki robot kuchenny. Rozmawialiśmy o pracy, komputerach, lamerach i wszystkim tym, co zabawne, ciekawe i nasze, boskie. Badziewna zupa, kawa lurowata i naleśniki do bani – to wszystko dawało nam pole do popisu. Zachłyśnięci coraz to nową docinką i uwagą na temat ofiar naszych sztućców rżeliśmy jak stado koni w tym przytulnym i przyjaznym miejscu.
Pensjonat zdobyty!
Rzeczą zupełnie niezwykłą jest, że wszystko, co na co dzień wydaje się być wstrętne i niewarte uwagi, wśród tych głów otartych i serc gorących staje się potrzebne i zabawne. Nie ma kiczu, tandety, jest żart, humor i przedmioty z duszą, z podtekstem, z tysiącami rożnych zastosowań.
Wróciliśmy do naszego domku, a tam przed nim reszta grupy siedziała na ławeczkach i wesoło chichotała z ircowych opowiastek. Tego dnia dołączyli do nas Patyczak ze Snoopkiem. Zdziwiliśmy się miło, bo Patyczak miał być w tym czasie w Warszawie i mimo tego, że przełożył wyjazd, nic nam nie powiedział i zrobił nam niespodziankę swoim przybyciem. Opowieści przed naszą bazą noclegową ciągnęły się przez parę godzin. Wysłuchaliśmy z uśmiechami na twarzy historii gawędziarzy i polewaliśmy do rozpuku. Bermecy, znany z żywiołowych reakcji, tak został rozbawiony przez brać olimpijską, że w końcu uderzał rękami i nogami o trawę, na której leżał, tarzał się i skręcał ze śmiechu. To jeden z najbardziej wariackich i naturalnych obrazków, jaki można było zobaczyć w tej niewielkiej, ale jakże niesamowitej miejscowości.
Szkoła przetrwania to przy tym pestka
Poszliśmy zwartą grupką nad strumień, który płynął tuż obok pensjonatu. Rozlewa się on pięknie niedaleko naszej siedziby. Łaziliśmy po jakiś górkach, próbowaliśmy zobaczyć to wszystko, co najciekawsze. Był czas na rozmowy w cztery oczy, a przyroda nastrajała wszystkich wspaniale. Niektórzy zapędzili się po jakichś górkach i buszowali po zapomnianych domach, opuszczonych już dawno przez ludzi. Pomimo zdecydowanego braku zadaszenia i znacznych uszczerbków w konstrukcji budowle te pachniały jeszcze tym wszystkim, co się tam działo. Belcia stwierdziła nawet, że to idealne miejsce dla niej, bo jest to domek Baby Jagi. Może pozostawię to bez komentarza, bo szkoda mi pośladków, w związku z kopniakami, które mi się za to dostaną, ale coś w tej myśli było... Bez codziennych kłopotów, bez telefonów komórkowych, które nie działają w tej okolicy – po prostu czysta sielanka. Doszliśmy całą grupką do bram parku wetlińskiego, ale z związku z tym, iż jest to teren zamknięty dla ludzi, na bramie zakończyliśmy podróż.
Późnym popołudniem przyjechała Bulinka z jedynym kowbojem na północy zwanym Elbląskim. Przyjazd tych dwojga ludzi zawsze wzbudza wiele wzruszeń i emocji. Dowiedziałem się, że mój ulubiony znajomy z Ornety (Zbysio, Elbląski) zdążył już mnie po drodze co najmniej kilkakrotnie pozdrowić, przeklinając na tego, który wybrał te bardzo uroczo położone miejsce. Propozycja z jego strony była taka, żeby kolejny zjazd zorganizować na Gubałówce, co oczywiście jest warte rozpatrzenia. W niepełnym jeszcze składzie łaziliśmy po okolicy, zachwycaliśmy się piękną jesienią i zupełnie niesamowitym widokiem dwóch szczytów pomiędzy którymi przebywaliśmy. Patyczak mówił, że w środę przed zjazdem w Wetlinie w dzień panowała temperatura 7 stopni Celsjusza i padał śnieg z deszczem. W piątek od rana, nad Bieszczadami święciło przepiękne słońce, było cieplutko, a my chodziliśmy w zjazdowych koszulkach wpatrzeni w góry, które urzekały nas tysiącami kolorów.
Trzy piwa na trzy osoby - pasuje, ale jedna Ina na dwóch... to za mało :))
Na kolację udaliśmy się do „Zajazdu pod Połoniną”, który oferował świetne żarcie. Mnie najbardziej smakowały dwa dania: bigos i placki ziemniaczane. Bigos – to brzmi dumnie! Umówiłem się z właścicielką baru, że prześle mi przed wigilią próbkę (garnek 40 litrowy) tego boskiego dania za pośrednictwem Servisco. Kac poranny był już historią, więc ochoczo chwyciliśmy za zimniutkie piwko. Atmosfera podniosła, gęby uśmiechnięte, raj... Wieczorkiem zeszło się nawet troszkę ludzi do tej knajpki i było dość gwarno. Otrzymaliśmy informacje, że Vnebowóz miał kłopoty ze skompletowaniem załogi i spóźni się dość znacznie. Imprezka rozgorzała już na dobre. Sala obok tej ze stołami okazała się być świetnym miejscem do wyginania się na parkiecie – było tam mnóstwo świateł i niezłe nagłośnienie. Co odważniejsi olimpijczycy zerkali już w tamta stronę, a nawet próbowali swoich sił w blasku świateł i muzyce brata Hanki czy innej Julki. Nadeszła chwila, kiedy to w końcu mieli do nas dołączyć Nutka, Ina, Vronia, Dantos i Vneb. Wyszedłem im na spotkanie na jezdnie. Troszkę się naczekałem, jakieś pół godzinki (a było zimno jak diabli). Są, w końcu!!! Z daleka poznałem „skośne” światła Lanosa smokowego. Z przodu siedziała Vronia, więc ją (zupełnie przypadkiem) jako pierwszą porwałem w objęcia (bo Dantos niestety siedział z tyłu). Zaczęły się sceny piekielne, więc gorące powitania oczekiwanych gości. Lekko podchmielona już brać za stołami bardzo żywiołowo zareagowała na Vronię, a za nią na pozostałą część czerwonego mobilu. Radość była ogromna. Krzyki i wrzaski straszliwe, ale czuć było w powietrzu to coś... tę więź, która nas wszystkich łączy i dzięki której spotkaliśmy się znowu – bez korzyści i tytułów, tylko po to, by cieszyć się sobą. Sala z kolorofonami zaczęła się zaludniać. Szaleństwa były cudne. Załoga siedząca przy stolikach zaczęła się bujać i śpiewać jakieś dziwne piosenki. Szalone kobiety fruwały po wszystkich częściach sali wprawiane w ruchy obrotowe przez swych boskich mężczyzn, którzy już zdrowo zaprawieni, również zwiedzali wszystkie kąty, a nawet przyglądali się podłodze, ale już z mniej artystycznych powodów. Tak gorąco było do północy, kiedy to już było wiadomo, że niedługo zamykają lokal.
Tej nocy nie wszyscy się tak świetnie bawili. Oficer Straży Granicznej, który tamtego wieczora pełnił służbę, poszukiwał wraz z innymi funkcjonariuszami oraz policją, pewnej dziewczyny, która zaginęła podczas zejścia ze szczytu. Szukali jej także wśród nas, czyli w schroniskach i otwartych barach. Poszukiwania nie zakończyły się sukcesem do godziny pierwszej w nocy, kiedy to ostatni raz widzieliśmy się z tym człowiekiem. Nie wiem, czy owa turystka została odnaleziona. Mam nadzieje, że tak, ale nie miałem okazji się tego dowiedzieć. Wiadomość ta, niby bezpośrednio nas nie dotyczyła, ale zrobiło się jakoś tak chłodniej, bo przecież to mógłby być ktoś z nas. Dziwne było to, że ona wyprzedziła grupę podczas zejścia, a potem nie pojawiła się już w schronisku.
I poooooooszła!
Opuściliśmy zajazd i poszliśmy do naszego pensjonatu, gdzie tradycyjnie zebraliśmy się w jednym pokoju. Ściśnięci jak sardynki siedzieliśmy na łóżkach i błąkaliśmy się po balkonie. Byliśmy tu wszyscy bardzo gęsto, więc unosił się silny duch olimpijski i równie mocny zapach piwa. Na podwójnym łóżku Byczka i Picka (to nie jest żadna bajka z cyklu Jacek i Placek) wylegiwali się na zmianę: panie i panowie w ilości 3-5 sztuk. Darliśmy się okropnie, wykrzykując dowcipy, docinki i zwarte opowieści. Pamiętać należy, że owy pokój znajdował się na pierwszym piętrze pensjonatu i zarówno na tym piętrze, jak i poniżej i powyżej mieszkali ludzie. Po rozmowach w dniu następnym, okazało się, że sąsiedzi nie bardzo mieli czas i ochotę na spanie. Było nas słychać w całej okolicy budynku. Późną nocą dołączyli do nas Edith, Niesia i Suja. Tabun ludzi pędzących na spotkanie pasażerom srebrnej strzały przeraził lekko gospodarza, który próbował spać na parterze, ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero rano. Nasze okrzyki powitalne odebrane zostały przez naszych współlokatorów jak wycie jakiś zwierząt. Jak stwierdził ktoś: „to nie są ludzie!”. A my tutaj właśnie w końcu mogliśmy dać upust swoim ludzkim emocjom i uczuciom. Co by nie powiedzieć – cudna rzecz. Nowi zjazdowicze wnieśli sporo ruchu do i tak rozbrykanego bractwa. Każdy chciał pogadać z każdym. Sirek porwał Edithę na balkon, Suja zadomowił się przy Nutce, a Niesia razem z Dantomem, Byczkiem i Droidem uprawiała zapasy w stylu wolnym na połączonych łóżkach. Sirek, naładowany rozmowami balkonowymi z Vronią i Edithą, zaczął deklamować przed publicznością, a zakończył na odpaleniu rakiety, która podobnie jak ręka Sirka, poruszała się w tempie błyskawicy.
Ech, te namiętności...
Podroż, cały dzień i znaczna część nocy (o piwie nie wspomnę) zmęczyły wielu olimpijczyków. Jedni porozchodzili się po pokojach, a inni (Flash i Picek) zasnęli na łóżeczku tuż obok siebie i wyglądali słodko. Piękny ten widok przyciągał uwagę czuwających, którzy najpierw zaczęli się panicznie śmiać z koncertu na dwa głosy chrapiące (Flash i Picek), a potem pękali ze śmiechu z SirVisanta, który zaczął czuć rosnącą sympatie do nogi a potem... reszty ciała Flasha śpiącego w błogiej nieświadomości. Około trzeciej nad ranem o swój pokoik upomnieli się Niesia i Suja. Z przykrością powiedziałem, że nie mam więcej kluczy i zawisła nad nimi groźba spania w jakichś polowych warunkach. Całe szczęście, że klucze do naszych drzwi miały pewnie po 20 lat i były dość podobne. Pożyczyłem kilka sztuk na chwilkę od „bratanków” i za którymś tam razem udało się bez użycia siły otworzyć jeden z wolnych pokoików na naszym piętrze.
Czy było jakieś wczoraj?
Z niewyjaśnionych do dzisiaj powodów zabrakło wódki. Bulinka i Elbląski przynieśli więc ze swojego pokoiku jakieś trzy litry miodku, który sami zrobili i trzymali na odpowiednią okazję. A okazja była znakomita.
Bardzo późna noc, właściwie wczesny ranek. Na nogach było już tylko kilka osób. W pokoju Bulinki i Elbląskiego stał sobie miodek – dumnie, w szklanej butli. Jedynym amatorem tego trunku okazał się Bermecy, który to ku naszemu zdziwieniu, wychylał pełne kubeczki tego specjału bez mrugnięcia okiem. Po wypiciu około litra – może półtora – w pojedynkę, poczuł na sobie sromotnie, jak ciężki jest to trunek. W drodze do swojego pokoju Bermecy sypał takimi tekstami, że my – prowadzący go – pokładaliśmy się ze śmiechu. Przy okazji zaczął mówić w różnych językach świata, więc ubaw był przedni. Położyliśmy go grzecznie do łóżeczka i sami też udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Było już widno.