|
--Wstęp-- I stało się. Po raz kolejny zachciało się nam ze sobą spotkać. Korciło nas jak cholera, łaziło za nami, męczyło nas, aż w końcu nas dopadło. Mimo rożnych problemów, rozczarowań i kłopotów związanych ze zjazdem w Kazimierzu nad Wisłą, chyba nie było osoby, która nie myślałaby już o następnym spotkaniu z grupa inteligentnych wariatów, którzy to zbyt często i zawsze o nieodpowiedniej porze złażą się na #olimp. Tradycyjnie już plany trzeciego z rzędu walnego zgromadzenia snuły się po sieci już od lutego tego roku. Próbę zorganizowania kolejnego spotkania wzięły na siebie trzy osoby, doświadczone już przez poprzednie spotkania: Byczek, Flash i ja, czyli Undertaker. Kraina, która ugości nas na swoim łonie była znana. Góry były i pozostaną zawsze naturalnym miejscem spotkań bogów z naszego kanału. Wypadałoby znaleźć jeszcze konkretne miejsce i impreza prawie gotowa.
Poszukiwania rozpocząłem ja. Były one bardzo żmudne i długotrwale. Najeździłem się przy tym po sieci chyba ze dwie pełne godziny, paląc mnóstwo paliwa i zagłuszając spokój mieszkańców paru witryn. Oferta okazała się być marniutka i ciężko było znaleźć tani ośrodek na południu Polski, który spełniałby nasze wymagania. Wziąłem więc do ręki mapę samochodową i na podstawie danych co do ilości ośrodków wczasowych w poszczególnych regionach oraz sympatii wybrałem dwie propozycje. Pierwsza to okolice Żywca, a druga to region Leska. Telefonowałem do Flasha, pytając o to, co wybiera. Ten stwierdził, że w Żywcu to już był i dobrze byłoby coś innego zobaczyć, więc wybieramy się w Bieszczady. Najsławniejszym olimpijczykiem z Bieszczad jest Patyczak, więc na niego padł wybór i prośba o pomoc w znalezieniu odpowiedniego miejsca na spotkanie. Podjął on rękawiczkę i pierwszą miejscowością, która znalazła się na tapecie, była Wołkowyja. Nasz drogi Stachu nie bardzo polecał nam tę miejscowość, bo mimo dobrych warunków lokalowych i przystępnej ceny, była to według niego „dziura, jakich tu wiele”, czyli nic szczególnego. Mówił też, że właśnie sobie przypomniał, że jest jedno super miejsce, ale nie wie, czy da się tam coś załatwić. Okazało się, że można, bez problemu, za niezłą cenę w pięknej okolicy spędzić weekend, ale dopiero po 30 sierpnia, bo wcześniej wszystko zajęte. Stało się więc jasne, że zjazd odbędzie się dopiero we wrześniu, a dokładniej między 8. a 10. września w pensjonacie „U Rumcajsa” w miejscowości o niezbyt dźwięcznej nazwie Wetlina – tuż przy granicy ze Słowacją, u podnóża pięknej Połoniny Wetlińskiej. Pierwszy etap mieliśmy już z głowy, zostało tylko ogłosić ustalenia światu, zebrać pieniądze, dograć rezerwacje miejsc, ustalić możliwości i skład grup olimpijskich wybierających się na zjazd i już, już... w domku.
Pod koniec lipca, podczas wizyty u znajomych (a był to czwartek), zachciało mi się zobaczyć Wetlinę. Pochwaliłem się nawet tym koleżance, ale pomysł jakoś tak troszkę uciekł. Jednak już w piątek około godziny 17 znowu męczyła mnie ta myśl i nie dala spokojnie gawędzić na IRC-u. Zadzwoniłem do Flasha z pytaniem, co on na to – oczywiście zgodził się, że jakby co mam przyjeżdżać i jedziemy. Po trzygodzinnych rozmyślaniach i po załatwieniu sobie wolnej soboty oraz samochodu udało mi się wyruszyć w kierunku Flasha, który w tym czasie przebywał nad jeziorkiem pod namiotem. Była 22.30. Na miejscu okazało się, że nasz organizator zdążył już zapoznać się z urokami biwaku i spał sobie w najlepsze. Lekko się wkurzył, jak zacząłem się drzeć i może nie zacytuje słów, którymi mnie przywitał, ale chodziło o to, że mnie chyba – „pokręciło” i że jestem – „dziwny”, że o tej porze itd. Poszedłem spokojnie do samochodu i dałem mojemu koledze piętnaście minut na przypomnienie sobie personaliów, spakowanie się i dołączenie do pielgrzymki. Ku mojemu zdziwieniu wyrobił się, spakował nawet parę piw i ruszyliśmy w kierunku Ełku. Po zabraniu jedynej potrzebnej rzeczy od Flasha z domu – karty do bankomatu – wyruszyliśmy na trasę. Jechało się nie najgorzej i nadszedł czas, żeby zadecydować czy mamy ochotę nadrobić 170 km w jedna stronę i zajechać do Byczka, który wyrażał chęć zabrania się z nami, czy tez może jechać krótszą drogą, ale bez kochanego ownera. Jedna z naszych towarzyszek, która czuje wiele sympatii dla rogatego ircownika zadecydowała, że Byczek ma być i koniec. Postanowione, jedziemy do Łodzi. Na miejscu, po kilkunastominutowym krążeniu po byczkowym grodzie, udało się nam trafić, gdzie trzeba i w pełnym składzie wyruszyliśmy na właściwą trasę. Do Wetliny dotarliśmy około godziny trzynastej. Była piękna pogoda, okolica zrobiła na nas wielkie wrażenie – już byliśmy pewni, że to idealne miejsce. Patyczak ani raz nie został zbluzgany, czyli było pięknie. Nie omieszkam dodać, że już w samej miejscowości pytaliśmy o położenie naszego pensjonatu prześliczną góralkę (?!), która robiła coś przy drodze w luźnej koszulce i... ehhh, w koszulce i oczywiście powiedziała nam to wszystko, o co pytaliśmy... niestety tylko to. Zwiedziliśmy najbliższą okolice pensjonatu, zjedliśmy małe co nieco i około godziny osiemnastej udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Pobudka, zresztą dość spontaniczna, odbyła się o północy. Problemów ze wstawaniem nie było, no może poza Byczkiem, który chrapał nie zwracając uwagi na hałas dokoła, ale w końcu i do niego dotarło, że nie jest w swoim pokoiku. Wyruszyliśmy z powrotem około godziny pierwszej w nocy i już o czternastej po wielu przystankach i wizycie u Byczka pod blokiem dotarliśmy do Ełku. Podroż była lekko długa, ale to, co ujrzeliśmy w Wetlinie, warte było tego trudu. Zjazd można było uznać za przygotowany. Wszystko było jasne, poza jednym szczegółem: zjazdowiczami.
Liczba chętnych na przyjazd do Wetliny była naprawdę imponujaca. Zebraliśmy ponad 30 zgłoszeń, ale nie były one potwierdzone wpłatami za pobyt w ośrodku. Wpłaty docierały w bardzo dziwnych terminach, najgorzej było z tymi wysłanymi za pośrednictwem poczty. Zapowiadało się świetnie. Martwiliśmy się troszkę, żeby nie powtórzyła się historia z Kazimierza, kiedy to nie przyjechało wiele osób. Tym razem sytuacja była o tyle lepsza, że mieliśmy już pieniądze na pokrycie kosztów rezerwacji, w przypadku problemów z dotarciem olimpijczyków na zjazd. Nadeszła wielka chwila – czas wyjazdu... niech się dzieje wola nieba...
--Wyjazd-- Jakoś ciężko mi się pracowało w ten czwartek. Byłem troszkę zabiegany za sprawami firmowymi, a jednocześnie nie bardzo obecny w pomieszczeniach, w których przebywałem. Nadeszła w końcu godzina zero. Pojawiłem się na dworcu PKS w poszukiwaniu pasażerki autobusu z Łomży, o której wiedziałem tyle, że ma niebieską torbę i fioletowe włosy. Okazało się, że autobus, na który oczekuje, właśnie przyjechał i zaczął się już samoczynny rozładunek inwentarzu ludzkiego. Pobiegłem z przerażeniem w oczach do auta i zacząłem się rozglądać za wspomnianym wizerunkiem. Nie było najlepiej. Nie znalazłem nikogo takiego, a krzyczeć do mojej niewidocznej przyjaciółki „MOSKWA!!!” – jakoś nie miałem odwagi. Kręciłem się wokół stanowisk. Niektórzy z oczekujących mocniej przyciskali do ciała swoje podręczne torby na widok gościa z dziwna miną już po raz siódmy okrążającego przystanki i gapiącego się jak w obłędzie na widziane twarze, zresztą wciąż te same i nieznajome. Coś drgnęło. Zobaczyłem postać kobiety, która średnio pasowała do opisu, ale to już było coś. Widziałem ją już wcześniej, no ale gdzieś przecież Odessa być musiała. Poszedłem za nią. Tak, byłem pewny. Zaraz ją zaczepię, zapytam: czy jesteś Moskwą z Olimpu? Niestety nic z tego. Moja upatrzona ofiara udała się w kierunku budynku dworca PKP podeszła do kasy i poprosiła o bilet w innym kierunku. Oglądała się trochę nerwowo, bo patrzyłem na nią jak na objawienie, które nagle zniknęło. Pobiegłem do samochodu i ruszyłem w kierunku domu. Dzwonie do Łomży, może nie wyjechała, może zmiana planów... cokolwiek... Telefon milczy, nikt nie odbiera. Wracam na dworzec, po raz kolejny idę na informacje i okazuje się, że za kilkadziesiąt minut jest kolejny autobus z Łomży. Lekko mi ulżyło. Czekam więc i śledzę wzrokiem każdy podejrzany pojazd. Czekam. Mija właściwa godzina, kolejne dziesięć minut i nic... Podchodzę znowu do informacji i o zgrozo dowiaduje się, że ten autobus już przyjechał... ale jak, ale...? Znowu gonię po przystankach i w końcu widzę JĄ siedzącą spokojnie na murku. Włosy się zgadzają, torba tez ma właściwy kolor... udało się.
Za parę minut czternasta. Pojechaliśmy pod zakład Flasha, który za moment miał kończyć pracę. Stoimy przed wejściem. Wychodzi kilkaset osób. Po którejś z kolei obserwowanej twarzy zaczynamy mówić im dzień dobry z uśmiechem, ot tak. Robi się wesoło. Pojawia się w końcu oczekiwany koleś z bródką, ruszamy go odwieźć. Zabieram Moskwę na wstrętne pierogi z truskawkami, bo – nad czym ubolewam – nie je mięsa. Jedziemy do mnie do domu. Mamy całe 15 minut, więc odpalam kompa, Moskwa siada za sterami, a ja próbuję się spakować. Wychodzimy punktualnie o ustalonym czasie. Pociąg rusza za 20 minut. Przed szesnastą wyjeżdżamy z Ełku. Na stacji w Białymstoku Moskwa ginie nam na chwile z oczu: w związku z troską o swoje zdrowie (wegetarianizm) idzie zapalić papierosa. Pociąg rusza, a ja i Flash jesteśmy w rozterce, bo wydawało nam się, że Moskwa wyszła na peron i nie bardzo było wiadomo, czy wsiadła. Jakby coś, to nas dogoni... Po paru chwilach pojawia się nasza wesoła kompanka i spokojnie jedziemy dalej. Dzwonimy do Byczka. Okazuje się, że już dojeżdża wraz z reszta brygady do Warszawy. Byczek sprawdził, na który przyjeżdżamy peron, bo pociąg miał opóźnienie i nie chcieliśmy spóźnić się na przesiadkę. Wybiegamy z pociągu, ale nie widzimy tego następnego na naszym peronie. Lekko wkurzony dzwonię, a Byk mówi: „to jak, to gdzie wy jesteście?”. Okazało się, że cała brygada stała już na peronie obok i śmiała się z nas serdecznie. Drzwi wagonów otworzyły się i zaczął się szturm na przedziały. Nasza brygada oczywiście pchała się jak trzeba. Część grupy trenowała swoje łokcie w wagonie, a reszta cierpliwie oklaskiwała ich działania poza wagonem. Jeden z wsiadających zauważył w końcu, że jest jakoś dziwnie, bo wagon, do którego upchali się nasi przodownicy ma tablice wyraźnie inna niż początek składu. Okazało się, że tylko początkowe wagony jada do samego Zagórza, do którego chcieliśmy się dostać. Przedziały we właściwych wagonach były już pozajmowane, ale udało się znaleźć jeden, w którym siedziała samotnie młoda kobieta. Zgodziła się, aby się do niej przysiąść, czym wywołała gromki śmiech i stwierdzenie, że ona nie wie, na co się zgodziła.
Flash: „Eeee, masz ogórki?”
Siedem osób siedziało, reszta stała na korytarzu. Ruszyliśmy, atmosfera zrobiła się właściwa, więc należało zacząć wznosić toasty. Szło nam bardzo sprawnie i coraz szybciej plastikowe kubeczki były opróżniane. Nasza miła współpasażerka niestety nie chciała skosztować naszych trunków, ale może to i lepiej, bo chętnych sporo, a butelek nie za wiele. W drzwiach przedziału pojawił się człowiek w garniturze, który uśmiechnął się i powiedział, że jest Radzio, a podróżuje właśnie do Radomia i przypadkiem usłyszał nas, bo echo niosło olimpijskie wieści. Radzio ochoczo przyłączył się do naszej gromadki i otrzymał swój kubeczek. Atmosfera gęstniała, śmiechy słychać było coraz głośniejsze i częstsze. Zbliżaliśmy się wolno do Radomia i niejako przy okazji zadzwoniliśmy do Belci, która właśnie tam miała wsiadać, żeby dokupiła nam butelkę Maximusa, znanego już z poprzednich zjazdów. Pojawienie się Belci na pokładzie (na miejsce Radzia, który wysiadł w Radomiu) wywołało zrozumiany entuzjazm i wystąpienie wypieków na męskich policzkach w przedziale. Załoga liczyła 8 chłopa i 2 kobiety, więc było już całkiem przyjemnie. Późną nocą dołączył do nas Bermecy, który trafił bez pudła, a to dlatego, że – jak twierdził – już na peronie słychać było nasze wykrzykiwane nicki.
Podroż minęła nam bardzo przyjemnie, poza dwoma szczegółami. Nad ranem okazało się, że większość załogi na ochotę na coś do picia i ochota była tym większa, im bardziej tego picia nie było, a to dlatego, że zapasy zostały wyczerpane jeszcze nocą, podczas biesiadowania. Zmęczony SirVisant, dorwał się do butelki po wodzie mineralnej, wysączył zdrowego chałsta, po czym wybiegł z przedziału na korytarz, zwracając spożyty napój za okno. Zapomniał, że w owej butelce był rozrobiony spirytus i nie bardzo nadawał się on do gaszenia pragnienia. Druga dziwna sytuacja zdarzyła się tuż przed Zagórzem. Właściciel firmy przewozowej dysponujący busem chciał nas chyba wystraszyć i złożył nam propozycje podwiezienia do Wetliny, ale nie bardzo miał ochotę przyjąć do wiadomości, że mamy już zapewniony transport. Po nieprzyjemnej wymianie zdań w końcu się odczepił. Po odnalezieniu właściwego środka transportu w Zagórzu wszyscy zgodnie udali się do sklepu i po niezbędnych zakupach w końcu wyruszyliśmy w drogę do Wetliny. Nasze samopoczucie bardzo znacząco odbiegało od stanu pożądanego i całe szczęście, że to tylko 70 km, bo inaczej wycieczka samochodowa mogłaby się skończyć mniej przyjemnie... Dojechaliśmy około godziny jedenastej.