|
--Niespodzianek miłych i nie tylko dzień drugi--
Rano jakoś nas tak... sami wiecie: suchy ten klimat nad Wisłą. Wstajemy, toaleta und higiena, lekki podkład przedśniadaniowy (
). Jemy, zbieramy się. Zamawiamy kulig wieczorny i ognisko w lesie z pieczeniem kiełbasek. Jaki kulig, jeszcze nie wiemy: śniegu nie ma za czorta, błocko straszliwe, ale pani coś nam klaruje o bryczkach zamiast sań. A niech ta bydzie, że bryczki! Wychodzimy i już na schodach poznajemy rodzinę Sirvisanta: Asię i Szymona. Rynek, Cyganki, cygański marketing i plaga ciążowa w narodzie Romów. Na rynku studnia, pod którą umawiamy się na 13.00. Kawiarenka, budzimy się prawie na dobre: kawa, czekolada, piwo. Część “olimpiuszy” dopiero je śniadanko. Nasze panie w międzyczasie zaopatrują nas w kiełbaski, chleb i wszelkie niezbędne dodatki na to wieczorne, co płonie w lesie.
Taaaak... Mieliśmy się spotkać o 13.00 i jakoś się nie spotkaliśmy. Przykre, ale tak się stało. Ktoś był wcześniej, niż potrzeba, ktoś był punktualnie, a część w ogóle nie była (
). Tym sposobem kontynuowaliśmy zajęcia w podgrupach dowolnych. Można było zwiedzać okolicę, np. wzgórze trzech krzyży, ruiny zamku czy baszty, można było odwiedzić liczne kawiarenki, galerie tzw. sztuki, sklepiki z pamiątkami i nie tylko. Muzeum z całkiem pokaźną kolekcją obrazów i sreber (zarówno zabytkowych, jak i współczesnych artystycznych sreber użytkowych). Zwiedzanie okolicy zakończyło się nader interesującym odkryciem, albowiem okazało się, że zjazdowiczów przybyło. Przyjechał Ender wraz z trzema osobami. Wracali, co prawda, jeszcze tego samego wieczora, ale fakt, że przykulali się na zjazd i zażyli kilku godzin zabawy we wspólnym gronie jakoś mnie podbudował.
Zrobiło się tłoczno, gwarno, aż miło. Powstało coś na kształt dyskoteki ze słabym oświetleniem. Ktoś tam przed kimś uciekał, zdaje się. Ale o szczegółach milczą kroniki. Sobota okazała się również dniem, w którym poznaliśmy Eenigmę (
). Ona na szczęście nie musiała wracać i została z nami już do końca.
Wróciwszy ze zwiedzania rozgrzaliśmy zziębnięte gnaty. Nie potrwało zbyt długo, a już silna grupa pod wezwaniem przedzierała się przez wał przeciwpowodziowy i przez nadbrzeżne chaszcze celem... dolewania do Wisły.
Udzieliła nam się atmosfera tych harcujących po chatce zwierzaków, poszliśmy zaznaczyć teren po prostu. Wisła zaś w Kazimierzu rozlana szeroko, płynie jednak nurtem żwawym, a jako że pora zimowa, niosła ze sobą kry połacie ogromne. Porzucalim kamyczkami, powdychalim rybno–mulistej bryzy (
)... Terenu w sumie nie oznakowaliśmy, ale nic to – porobiliśmy w zamian fotosy.
Przy kawie w Domku Adwokata, parzonej przez Asię Sirvisantową wyszło na jaw, że całkiem–całkiem imprezkę można na dole tam właśnie urządzić. Zaplanowaliśmy zatem nocne harce i poszliśmy szykować się do kuligu.
Tu niespodzianka (miła) kolejna. Bo chociaż śniegu było jak na lekarstwo, to kulig nie składał się z bryczek, lecz z sań prawdziwych, do których zaprzężono rącze koniki. Takie jedne sanie z jednym koniem zabierają, jak się okazało, pięć osób i woźnicę. A skąd wzięliśmy śnieg? To proste: w Kazimierzu dla turystów mają wszystko (no, nie za darmo!). I górki, i wodę, i las. A w lesie śniegu na pół chłopa!
Ciemno już było, gdy nas wiozły sanie lasem i polem, choć śnieg mokry w oczy sypał. A kto z miasta, temu przypomnę, że w lesie prawdziwym nie ma światła. Przyświecały nam tylko pochodnie przy saniach. Parowały końskie oddechy, głucho niosły kopyta tętentem po śniegu. Lasem, polem i znowu lasem, aż do łąki, na której ognisko wzmiankowane wyżej się odbyło. Ha! Hucznie może nie dało się świętować przy ogniu jasnym, bo ziąb niemały, ale wzięliśmy się za pieczenie kiełbasek. Napawaliśmy się leśnym zimnem i ogniskowym ciepłem. Zapachem skwierczącego tłuszczu. Aromatem pieczonej kiełbasy i chleba. Pojedli, popili piwem. Jeszcze tylko po zdjątku i... hajda z powrotem! Frajda to wielka, takimi saniami pojeździć. I całkiem zmyślny środek lokomocji!
Przyszło nam zapłacić za ten kulig. I po raz kolejny miałem wrażenie, że wszyscy w tym Kazimierzu próbują nas robić w ciula, czyli mówiąc krótko, rzeźbią z kasy jak się da. Żadna cena nie pasuje do ustaleń, żadne ustalenia nie są faktycznie ustaleniami... Ech, cośmy se nerwów i kasy nadpłacili na tym zjeździe, to nie nasze.
Kulig zaowocował totalnym przemoczeniem wszystkich uczestników. Ponieważ sanna nie była obowiązkowa, wróciwszy na kwatery, opowiedzieliśmy pozostałym ludziskom, jak było, a oni nam, jak się u nich sytuacja rozwinęła.
Przebraliśmy mokre szmaty na mniej mokre i małymi kroczkami podążyliśmy w kierunku Adwokackiego Domostwa. Rozsiedliśmy się za stołami. Muzyczkę puściliśmy.
Wznieśliśmy toast, i drugi, i trzeci (
). I bawiliśmy się, jak mogliśmy najlepiej. Rozmawiając, opowiadając, słuchając. I patrząc. Bo przecież to dla nas największy rarytas – widzieć się naprawdę, jak to mówimy w pięknej polszczyźnie: w realu. A dzielny Vneb i Mardok donosili i donosili, i donosili... aż sklep zamknęli (
). O imprezie tyle – i wystarczy. Kto był, ten wie resztę.
--Niespodzianek miłych i nie tylko dzień trzeci-- Ranek niedzielny to początek dnia ostatniego. Jakoś tam się popakowaliśmy. Przygotowaliśmy się do ewakuacji. No i przyszedł czas rozliczeń finansowych. O, wy, którzy nie przyjechaliście, a zdeklarowaliście swój pobyt! Cała sytuacja udowodniła, że niestety nie zawsze traktujemy się poważnie. Mówię “my”, chociaż wcale tak nie myślę.
Nie chodzi o kasę, bo kasa już poszła. A gdzie przyzwoitość i zasady, o kulturze już nie wspomnę? Wrrrr... Teraz to już nieistotne, tylko nie myślcie, że ta nauczka pójdzie w las. Po prostu: trzeba brać przykład z lepiej zorganizowanych. Następny zjazd będzie taki jak na #konkurencja: deklarujesz, że jedziesz? Wpłacasz. A potem to już jak chcesz: przyjeżdżasz albo nie – nikogo to nie boli (finansowo przynajmniej).
Co jeszcze? Ach, wyjazd i pożegnania (
). Spacerek po Kazimierzu i słoneczko, które wyszło na “do widzenia”, zrobiły nam cudowną atmosferę. Piękny ten Kazimierz, co tu dużo mówić. Przytulny, malutki taki, ale ma w sobie tą nieuchwytną atmosferę, która magicznie przyciąga. Czuje się tam te stulecia, podczas których musiały całe tabuny ludzi się przewinąć przez tą mieścinkę. Zasiedliśmy nad obiadkiem (znowu, qrwa, te Cyganki na przystawkę?!).
Ale jak się tu żegnać, kiedy Smok nie zionie ogniem, tylko bluzgami, a jego autko nie zionie niczym (ekologiczne takie chciało być, nie truje, bo na pych jeździ). Tu odsyłam do tekstu Undera, po opis wyczynów reanimujących zagazowańca (auto mam na myśli, tylko i wyłącznie). Zakończywszy zajęcia pt. “ciąg–pchaj” ruszyliśmy w drogę. Ile razy się żegnaliśmy? Nie wiem dokładnie, ale dużo (
). Znowu jakimś cudem wszystkim było fajnie na zjeździe i żal wyjeżdżać. Lubimy się po prostu.
Żal oczywiście, że zabrakło “kropkersów”: Droida i Edith. Ale bądźmy poważni: są rzeczy ważniejsze, niż najlepszy nawet zjazd i tylko cieszyć się pozostaje, iż w/w zaliczyli, co mieli zaliczyć i obronili, co było do obrony. Nadrobimy następnym razem. W ogóle: następnym razem będzie jeszcze lepiej.
W Kazimierzu było dobrze, wbrew wszystkiemu i wbrew wszystkim (niedowiarkom i niedojazdkom). Teraz wreszcie zdjęcia mogą to potwierdzić (długo trwało, ale wiecie, jak czasochłonne są fotomontaże).
Podziękowania należą się (przede) wszystkim obecnym: dziewczynom za wyrozumiałość i tolerancję, Mardokowi za dobry humor, Sirvisantom za wytrwałość w siedzeniu na siedzeniach, Smoczej Głowie za to, że nie chrapał zbyt głośno, Flashowi i Underkowi za zacięcie globtrotterskie i fotoreporterskie, Suji za całokształt i odpędzanie Cyganek, Dziumellowi za kaskady dowcipów i sweter (to nie ode mnie podziękowania), Byczkowi za jego beztroskie gadulstwo, Qsce za milczenie (zwłaszcza przez telefon komórkowy) i tak dalej, i tak dalej... wszystkim! Dziękuję również Tobie, Żono, że uwierzyłaś mi na słowo, że warto jechać. No i chwała kotom, za to, że czasami załatwiały się jednak na dworze :-)).
Obejrzyjcie sobie uważnie, jak się bawiliśmy. Koniec i bomba, a kto nie był, ten... niech będzie następnym razem.