Zjazdownia      Kazimierz 2000: Wbrew wszystkiemu dobrze (1)
     Taskar

Minął już kolejny miesiąc od zjazdu w Kazimierzu... Kolejny miesiąc, a ja wciąż odwlekam napisanie jakiejkolwiek relacji z tej imprezy. Dłubię w jakichś wygaszaczach ekranu, przeglądam stare zdjęcia z Łodzi... Odwlekam, starając się zmobilizować obiektywizm, uspokoić emocje (te negatywne zwłaszcza) i nabrać dystansu. Po naszym pierwszym zjeździe w mieście “rajstopowo–skarpeciarskim” pisałem zaraz, od ręki, spontanicznie. Pozwoliłem sobie na całkowicie subiektywne i bezkrytyczne komplementowanie tamtych dni, bo po prostu niosła mnie euforia radości. Tym razem musiałem poczekać. Nie przepraszam i nie tłumaczę przyczyn, bo z pewnością oszczędzi to paru gorzkich słów tym, którzy powinni je usłyszeć. Być może dzięki temu nie naruszę integralności tej chybotliwej grupki, jaką tworzymy. Być może nikogo nie zrażę do #olimpu.
>taskar sets mode +dystans&spokój

Jedziemy zatem. Piątkowy świt jeszcze daleko, a Jagienka i ja pędzimy już, pośród nieodmiennie niepokojącego radością podróży stukotu wagonowych kół. Mam już za sobą krótką przebieżkę z domu na przystanek PKM i pierwsze błyski w oczach mojego kochania, bo jak zwykle prawie nie zdążyłem się wygrzebać. Kupno biletów na szczęście odbyło się wczoraj, dzięki czemu minął już szok cenowy (ależ ten Kazimierz cholernie daleko – przynajmniej sądząc po prawie 200 zł, z których uwolnił się portfel). Za to jedziemy ekspresem i będziemy w Puławach ok. 13.30 – czyli jako pierwsi! Rozwidnia się powolutku. Wkrótce przesiadka z osobówki do tego docelowego pociągu. Eeee, nie ma walki o miejsca, bo tu się ma miejsce wykupione... Nudno! No to siadamy i toczymy się (niewiele szybciej niż dotychczas) w kierunku Katowic. Minęła 8 rano. Dantom Odzywa się pierwszy raz telefon. Jeden z całego tabunu dzwonków tego dnia. Ku naszemu zdziwieniu nie dzwonią ani ode mnie z pracy, ani od Jagienki. To Dantom! () Pyta się grzecznie, czy w końcu przyjedziemy do tych Katowic, bo oni już sterczą na peronie i czekają na ten nasz opóźniony ekspres. Potwierdzam, że jesteśmy w tym pociągu, mówię w którym wagonie i... Katowice! Rzut do okna. Nie ma, nie ma.... Są! Pisk hamulców, ktoś mnie tratuje, jakiś wyrośnięty bachor frunie bezwładnie, zahaczając się (niechcąco – hehe!) o mój łokieć. Przez głowę przelatuje tylko spostrzeżenie: kurcze, nie widziałem gitary! Dantom z żoNutką już wsiedli. Witamy się. Ruszamy dalej, o radości – znacznie szybciej. A gdzie gitara? Tu pada nieśmiertelny dantomowy żarcik (już go słyszałem latem, ale wam opowiem, jako rzetelny kronikarz) o tym, że tego drugiego starego pudła nie wziął tym razem... 

Po kilku zdaniach zaczyna się:

--Niespodzianek miłych i nie tylko dzień pierwszy--

Jakbyśmy nie liczyli, wychodzi nam, że “na pewno” będzie zaledwie 12, no, maksimum 14 osób. Tragedia. Po prostu załamuję się, ale staram się tego nie okazywać. Piwko na korytarzu, trochę wieści z życia i siadamy na swoje miejsca (mamy oczywiście różne przedziały i mimo, że po jakimś czasie się przerzedza, resztę podróży spędzamy drzemiąc nad turystyczną lekturą). Gdzieś po drodze mijamy Kielce, robi się od razu jakoś weselej, by nie powiedzieć: śmieszniej :-) Tam nawet dyżurny ruchu jest nawalony jak stodoła, a jest 11 rano!

Do Puław wtaczamy się planowo, a cały ten opis przytaczam, by dowodnie pokazać, że można dojechać przy pomocy PKP i niekoniecznie wszystkie drogi wiodą do Krakowa. Zwolenników teorii antagonistycznej odsyłam do relacji Undera i Flasha.

Puławy witają nas deszczem i chlapą. Brrr... a jeszcze pół godzinki wcześniej jechaliśmy przez zaśnieżone lasy i było przesympatycznie. Cóż, testujemy komunikację miejską (biegając od przystanku do przystanku, czyli w te i wewte). Pomysł oczekiwania na przyjazd Byczka umiera śmiercią naturalną – dwie godziny w tych warunkach to za dużo i nawet sam Byk nam to od razu wybaczył (od razu, gdy tylko dostał się do Kazimierza). W oczekiwaniu na autobusik testujemy lubelski browar. Brrr! Tfu. Jakby nie patrzeć, na eksport to oni nie produkują... Narażam się barmanowi, chociaż staram się być grzeczny. Po co głupio pyta, jakie chcę piwo, skoro i tak ma tylko jeden gatunek??? Ech, nieważne. Miejska autobusina po półgodzinnej katordze silnika dowozi nas do Kazimierza nad Wisłą, zwanego też Dolnym.

Ponieważ miasto ma tylko trzy ulice, kierujemy się rzecz jasna w tą niewłaściwą. Zakończywszy zwiedzanie (178 sek.) odnajdujemy ul. Krakowską. Do Krakowa to się nią dojechać nie da, ale faktycznie, ciągnie się jak podróż Ełk – Kazimierz z przerzutką przez Smoczygród.

vnebButy już przemoczone, a ulica dalej się ciągnie... I jeszcze jakieś pały wieśniackie tu popierdzielają samochodami – po takiej wąskiej uliczce, no co to za pacanki!!! I tu niespodzianka pierwsza: nie przyjechaliśmy najwcześniej! Kierowca hamuje, odkręca szybkę i wychyla się... Smoczy Łeb! () Przywitawszy Vneba i kompaniję oraz dowiedziawszy się, że flaszki jeszcze nie dokończyli i stoi ona na półce (“częstujcie się, my tylko jedziemy po fajki!”), docieramy do chatki góralskiej. Chatka góralska (na pierwszym planie Undertaker) Tu robi się całkiem przyjemnie, bo chatka z drewna i ładna, i miło wygląda (). Instalujemy się w pokojach, zamawiamy obiad (oj, to był błąd! Nie wdając się w kulinarne szczegóły powiem tylko tyle, że więcej obiadu tam już nie jedliśmy). Wracają Vneb i jego pasażerowie. Witamy się już “porządnie”, tzn. solidnie i konsumpcyjnie.

Jest popołudnie. Wychodzimy na rynek zrobić “zwiad”. Długa ta Krakowska, jak już mówiłem. Jak masz kogoś spotkać, to na pewno właśnie na tejże ulicy. A ten facet, szparko zmierzający ku nam, okazuje się być Byczkiem. Tak podejrzewaliśmy, ale kto widział Byka w czapeczce? Tu dowiadujemy się, którędy jedzie Flash z Undertakerem. Nic więcej. Zakupy, piwo, zakupy i do chatki. Siadamy.

W pokoiku na stoliku stało mleczko... Zaraz, zaraz: to inna bajka, bardziej poranna.

Jeszcze raz: W pokoiku na stoliku, w zacisznej miejscowości, w jeszcze bardziej zacisznej chatce (prawdziwie góralska, z pni drewnianych pobudowana, choć łazienki wyposażone w nowiuśkie kafelki, armaturę i sanitariaty – pozytywne zaskoczenie, jeżeli chodzi o higienę). Od lewej: Suja, zakupy, Dantom, Nutka i MardokPo chatce pętają się dwa psy i pięć kotów! Faktycznie, zapach jest jakiś... kotopsi, tzn. specyficzny. Ale sympatyczne zwierzaki, więc jest sielsko. A na stoliku zakupy (). Wokół stolika: Nutka, Jagienka, Kicia, Jennifer, Dantom, Byczek, Vneb, Qska (jak on się tu dostał, naprawdę nie wiem – pogubiłem się w tym rozgardiaszu) i Mardok – gwiazda wieczoru. Ach, i ja – Taskar.

Robi się wesoło, ale tylko miejscami. Smok i Qska toczą dyskusje “branżową”: serwery, domeny, admini itd. itp. Atmosfera nieco się schładza, w przeciwieństwie do zakupów, które zaczynają się ogrzewać. Rozpoczynamy bój komórkowy. Wiemy już, że ekipa pognębiona przez PKP dojedzie późno. Kolejny raz łapię Sirvisanta – wszystko w porządku, jadą z żoną i synkiem, ale spodziewają się dotrzeć około północy. Niedobrze. Godzina już późna, nocka właściwie. Pierwszy raz muszę świecić oczami przed panią gospodynią, bo panika wybuchła w Domku Adwokata. Faktycznie, przecież myśmy podobno go zarezerwowali! Kłamię więc w żywe oczy, że jeszcze ludzie jadą, że nie wiem, ilu nas będzie, że to się jeszcze okaże... później. Bluffuję jak się tylko da. W końcu naprawdę nie wiem, kto przyjedzie.

Cztery pary uszu, czyli od lewej: Dziumello i SujaA przyjeżdżają dwa misie brunatno–szare, czyli dwóch facetów w czapkach z uszkami (). Robi się wesoło, humory się poprawiają. To Dziumello i Suja (wg kolejności witania się). Ha... Suja zdążył się wygodnie rozsiąść i już–już sięgał po dzyndzelek od puszki z tym co bez ;-)alkoholowe, ale miał dobry humor tylko przez chwilę, bo zaraz dzwoni Undertaker... z Puław. Flash (pokazuje, ile trzeba kupić) Okazuje się, że już tylko Suja może wystąpić jako kierowca ratunkowca. Rusza kurs do Puław. Wreszcie dotarli. Dołaczają do nas Under z Flashem () trochę jakby zniechęceni (podróżą? Niemożliwe – podróże kształcą!). Podczas rozmów nocnych i oczekiwania na Sirvisantów okazuje się po pierwsze: Byczek najbardziej lubi blondynki, a dokładnie rzecz biorąc: siwe. Po drugie: z grubsza wiemy już, kto jeszcze nie przyjedzie. A więc Vronia przegrała bój z siłą wyższą, czyli rodzicielstwem. Belcia chora – nie da rady. Bermecy? Uśmieszek? Mzele? Hmmm... Niedobrze.

Od lewej: Qska, Dziumello, Sir Visant i TaskarFlash z Undertakerem zostają wyekspediowani do Domku Adwokata. Teraz oni świecą oczami, rezerwując przy okazji pokój dla Sirka i jego rodziny, którzy niedługo potem wreszcie dojeżdżają. Sirvisant kładzie wykończoną jazdą żonę i syna spać (tym razem to oni mieli najdalej na zjazd) i dołącza do nas (). W tym gronie spędzamy to, co nam z nocy zostało. Vneb i smocze legowisko Suja i Dziumello zachwycają swoim śpiewnym dialektem (strasznie szybko się udziela). Smok złożył swe cielsko na legowisku (), Mardok już wyczerpał limit, Under, Flash i Byczek flirtują z Siwą (nie, nie chodzi o bóstwo, chociaż... to bardzo płynne pojęcie), Qska testuje wpływ różnych substancji na antybiotyki, Sir odciąża samochód ze szklanych opakowań, ja zachwycam się inwencją Suji w wynajdowaniu opakowań zbiorczych po cenie hurtowej. Panie już śpią... Zakończyliśmy dzień pierwszy.

Dalej...

Poprzedni Następny Powrót