Zjazdownia      Kazimierz 2000: Inny wymiar
     Undertaker
--Wstęp--

Idea zorganizowania kolejnego zjazdu naszego kanału powstała już w pierwszym dniu zjazdu poprzedniego. Panowała ogólna euforia związana ze spotkaniem osób, których twarze, charaktery i kilka innych przymiotów charakterystycznych dla płci budziły naszą żywą ciekawość, zainteresowanie, a czasem nawet pewne pożądanie. Co gorsza okazało się, że ludzie ci wyglądają nadzwyczaj dobrze. Maja oni otwarte serca i głowy, do tego stopnia, że co niektórym widać osierdzie, a nawet zmarszczki na mózgu. Czyli udało się. O to nam chodziło. Drżenie rąk i rozwolnienie, z którym borykaliśmy się przed spotkaniem, w końcu ustąpiły błogiemu rozluźnieniu.

Wiecie już, ze nasze łódzkie spotkanie było wydarzeniem niezwykłym. Powodów jest wiele. Jednym z podstawowych były te wszystkie sprawy, które mają gdzieś w sobie wyraz "pierwszy". Wyjeżdżaliśmy z Łodzi po to tylko, aby jak najszybciej wejść na kanał i zobaczyć "nicka" (jak słusznie zauważył Flash) jako już bardzo ludzkiego, uśmiechniętego, serdecznego czy pięknego. Im dalej od zjazdu, tym chłodniej było na kanale. Oczywiście nie był to na szczęście ruch jednostajnie przyspieszony, bywały odchylenia od trendu, ale wyraźną zmianę było czuć. Nie będę analizował przyczyn, bo dyskusji o tym było już dosyć. Logicznym wnioskiem była potrzeba zorganizowania kolejnego spotkania, aby "przypomnieć nas samym sobie". I tak się właśnie zaczęło.

--Przygotowania--

od lewej: Undertaker i Flash

Undertaker i Flash w trakcie przygotowań
do zjazdu

Przygotowania (jak się większość z Was domyśla) zaczęły się przy stole, na którym stał Maximus. Przy tym samym stole siedziało (oj się działo!) też na pewno dwóch ludzi: Flash i Undertaker. Mówiliśmy o tym, że próby wytypowania miejsca poprzez stworzenie mapy propozycji czy tez uśrednienie odległości nie powiodły się. Lekko nas wkurzał brak odpowiedzi na konkretne zapytania na grupie. Wniosek był prosty: trzeba coś ustalić w wąskim gronie i to zorganizować. Powstało pytanie: kto to ma zrobić? Okazało się, że najbliżej tej poprzedniej myśli (ze względu na odległość od stołu) jesteśmy my, więc stało się. Miejsce zjazdu ustaliliśmy w jakiś prosty sposób, chyba przez aklamację, ale szczerze mówiąc żaden z nas nie wie kto zaczął (przypominam o atrybutach stołu). Do realizacji pomysłu bardzo ochoczo włączył się Byczek, który po raz kolejny ukazał swoje naturalne predyspozycje do przewodzenia stadem. Ustaliliśmy termin wyjazdu na rekonesans (szczegóły już opisywałem, są dostępne na stronie #olimpu). Kazimierz pokazał się nam z bardzo dobrej strony. Decyzja zapadła.

Etap przygotowań wkroczył we właściwą fazę. Należało zapewnić miejsce do realizacji spotkania, oraz ocenić dość dokładnie liczbę osób, które się na nim pojawią. Do pierwszego etapu przyłączyli się Taskar oraz Edith. Dzięki wspólnemu wysiłkowi, udało się znaleźć miejsca pod dachem, które (jak się wydawało) pasują praktycznie wszystkim "olimpijczykom zjazdownikom". Sporządzaniem listy chętnych zajął się Flash, który był dzielnie wspierany przez Byczka. Udało się stworzyć listę chętnych, która zawierała 32 osoby. Wszystkim zarezerwowaliśmy miejsca w dwóch, oddalonych od siebie o kilkadziesiąt metrów pensjonatach. Była też pewna rezerwa na wypadek przyjazdu kilku nie zgłoszonych uczestników. Przygotowania zostały zakończone.

W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego spotkania.

--Wyjazd--

Obudziłem się o godzinie 4.40. Potwierdziłem datę (tak dzisiaj jest dwudziesty ósmy) i pojechałem do Flasha. Wyruszyliśmy pociągiem z Ełku o 5.41. Zdążyliśmy na przesiadkę w Białymstoku. Jedziemy dalej. Pociąg jest w miarę w porządku. Trochę śmierdzi, ale to nic nowego. Dojechaliśmy do W-wy Centralnej, szybko wybiegliśmy na peron, patrzymy na tablice z odjazdami i ... jest, mamy: ekspress "Kaszub". Biegniemy na peron obok. Godzina odjazdu się zgadza, kierunek - Kraków Główny. Jesteśmy w pociągu i Flash zaczyna mieć wątpliwości. - Cholera do Krakowa przez Lublin? Ale jak wiadomo różnie w naszym kolejnictwie bywa, wiec zostajemy. Pociąg rusza, za kilkanaście sekund przychodzi konduktor:
— Dzień dobry — mówię.
— Dzień dobry — odpowiada kolejarz.
— Dojedziemy do Puław? — pytam wpatrując się w niego zawzięcie.
— Puławy, toż to nie w tą stronę, jakie Puławy, on do Krakowa jedzie!
Mundurowy dziwnie na nas spojrzał, mnie zamurowało, a Flash lekko zburaczał i mówi:
— To wysiądziemy na Centralnym.
— Na jakim Centralnym, on się dopiero w Krakowie zatrzymuje — rzucił konduktor.
W tym momencie ogarnęła nas lekka wściekłość połączona z zagryzaniem warg (każdy swoją) i pewnie wyglądaliśmy lekko dziwnie.

Wróciliśmy do przedziału i po analizie sytuacji zaczęliśmy się zalewać jak konie na widok wozu z... kobyłami. Wiadomo - sytuacja patowa. Pociąg zapieprza jak dziki, raczej nie wyskoczymy. Wyciągnąłem pierwsze szklane opakowanie wspomnianego wyżej trunku i w ten sposób rozpoczął się proces rozluźniania mięśni. Była godzina 10.25. Do Krakowa dojechaliśmy o 12.50 (nieźle!). Wysiedliśmy i udaliśmy się po informacje o możliwościach powrotu na właściwy kierunek. Okazało się, że możliwości są i owszem, ale za cztery i pół godziny. Koparki i ładowarki nam lekko opadły, ale co tam, jakoś będzie. Dzwonię do Vneba - nie ma odpowiedzi. Poszliśmy się lekko powłóczyć. Czas mijał, w końcu nadeszła godzina odjazdu, który zdarzył się z 20 minutowym opóźnieniem, za które nas przeproszono.

Flash

Flash czeka na kolejną "lufkę"

Dojechaliśmy do Puław o 22.00, czyli zaledwie 6 godzin później, niż zamierzaliśmy. Na przystanku okazało się, że autobus do Kazika będzie dopiero za 1,5 godziny. Z pomocą przyszli nam Suja i Dantom, którzy przyjechali po nas Polonezem tego pierwszego. W tzw. międzyczasie walnęliśmy z Flashem dwie lufki na przystanku, bo lekko "... jak w kieleckiem". Działaniem tym wzbudziliśmy lekkie zaniepokojenie u grupy młodzieży, która stała koło przystanku. Przyjechało auto (jeszcze bez opon zimowych), które wolno - jak to Suja powiedział - (80 - 100 km/h po krętej śliskiej drodze) dowiozło nas na miejsce zjazdu.

--Kazik — dzień pierwszy--

Olimpijczyków w Chatce Góralskiej zastaliśmy przy stole. Przywitaliśmy się i niestety zaczęliśmy od nieprzyjemnych tematów: frekwencji i związanych z nią spraw finansowo-honorowych. Po wstępnych rachunkach okazało się, że będzie dość duża dopłata do doby hotelowej, ze względu na konieczność opłacenia Domu Adwokata, w którym zarezerwowaliśmy wszystkie łóżka w liczbie 10. Wzbudziło to w pełni uzasadnioną radość na twarzach wszystkich siedzących. Wydarzenia organizacyjne już na wstępie, ale cóż, trzeba to było załatwić.

od lewej: Suja, Dantom, Nutka, Mardok

Piątkowa biesiada

Poszliśmy więc jak na Ełczan przystało do zarezerwowanej kwatery, gdzie czekała na nas lekko zrozpaczona kobieta, która miała już przed oczyma wizję obcinania przez jej szefa trzech czwartych jej wypłaty. Wejście było efektowne, bo bardzo się ucieszyła na nasz widok. Chwilę porozmawialiśmy, zapłaciliśmy za pierwszą noc i wróciliśmy do domku. Następnie nastąpiła część bardziej przyjemna — wspólne biesiadowanie. Zakończyło się ono nad ranem.

--Kazik — dzień drugi--

Dnia następnego po dojściu do stanu chociażby częściowej świadomości, udaliśmy się w kierunku rynku, każdy w swoich celach. Planowana zbiórka o godzinie 13.00 nie powiodła się. Przyczyny były rożne. Może też to, że po placu krążyło kilka cyganek w wieku od 20 do 60 lat. Wszystkie chciały powróżyć, a jak nie, to przynajmniej dostać 2 złote na herbatę. Co charakterystyczne wszystkie twierdziły, że są w ciąży. Wniosek był z tego taki, że w tym małym przytulnym mieście kobiety te nie robiły nic poza wróżeniem, piciem herbaty za dwa złote oraz zachodzeniem w ciążę. Początkowo w ich ocenie byliśmy ludźmi szlachetnymi, a po paru epitetach, niestety to się zmieniało. Z opowieści Eeni(gmy) wiem, że jednym ze skuteczniejszych środków odstraszająco-przeganiających te niewiasty był Suja, który nie czekając na bardzo kuszące propozycje darł się i klął niemiłosiernie już na sam widok zbliżającego się “obiektu” westchnień i innych cedzonych przez zęby myśli.

Zbieraliśmy się w miejscu zamieszkania dość długo, ale stół biesiadny był pełny non stop. Ruch na nim srogi z tendencja do korkowania. Od Suji i Dziumella dowiedzieliśmy się, ze nieprzyjemny zapach, który unosił się w ich pokoju z dnia poprzedniego, był wydalany przez przysłowiowe gówno, zresztą kocie, oryginalne i góralskie, leżące w zwiniętej pościeli na łóżku, które całe szczęście nie było przez nikogo zajęte. Mieszkańcami Chatki było podobno osiem kotów i cztery psy. My, jako goście byliśmy lekko dyskryminowani przez tych właśnie zameldowanych na stałe obywateli. Niespodzianka pozostawiona w pokoju naszych “użytkowników” była pewnie czymś w rodzaju odciętej końskiej głowy w “Ojcu chrzestnym”. Faktycznie po tym wydarzeniu wspomniani przelotni lokatorzy zrozumieli aluzję i wynieśli się piętro wyżej. Wtajemniczona w ten spisek wydaje się być sprzątaczka, która na widok “pana Bobka” (patrz: South Park) wyraźnie się szyderczo uśmiechnęła. W atmosferze pogadanek mijały kolejne godziny.

od lewej: Byczek, Suja, Flash, Taskar, Jagienka

Najsławniejszy kanał nad najsławniejszą rzeką

Późnym popołudniem wybraliśmy się w kilka osób nad Wisłę, która strasznie wirowała i sprawiała wrażenie niezbyt przyjemne, ale zdjęcia pewnie będą fajne. Odwiedził nas Ender ze swoimi znajomymi. W jednym z pokoi urządzili oni sobie imprezkę zamkniętą, która, jak się wydawało po odgłosach, była dość intensywna. Ender tak bardzo chciał wyjść z miejsca zabawy, że rozpiął sobie pasek i rozporek (uwaga: chyba tak było?), aby zaskoczyć koleżankę, która nie chciała go uwolnić z pomieszczenia. Podstęp się udał. Wyszedł.

Prawie wszyscy zebrani w Kazimierzu bogowie (poza mną, Flashem i imprezowiczami) o 20.00 wyruszyli na kulig. O szczegółach rajdu za koniem nic nie wiem, bo nie byłem. Około 22.00 całą gromadką poszliśmy do Domu Adwokata, który był tymczasowym mieszkaniem SirVisanta, jego żony oraz ich syna Szymona. Biesiadowaliśmy tam wesoło i powiedziałbym "wysokooktanowo". Właśnie w tym miejscu czułem się między swoimi, zebraliśmy się wszyscy. Podziękowania dla Vneba, który o suchym pysku dwukrotnie biegał po zakupy (pomagał mu Mardok). Impreza skończyła się o piątej, ale część uczestników (m. in. ja) wyszła już wcześniej do miejsca spoczynku, z powodów rzecz jasna obiektywnych.

--Kazik — dzień trzeci--

Flash

Ciekawe, o czym śni Flash

Obudziłem się. Do jasnej cholery po co ja się budziłem! Łeb mi rozwala, zbiera jakoś dziwnie, co się do diabła dzieje. Flash już ubrany, właśnie mi mówi, ze chrapałem jak lokomotywa. Musicie wiedzieć, że na tę noc wprowadziła się do nas ze względu m. in. na wolne miejsce Eeni(gma), która dotarła do Kazimierza w sobotę. Kac gigant, o moralniaku nie wspomnę. Do pokoju przyszedł Suja. Mówi coś o reniferze (miał na myśli Jennifer) i oczywiście drze się: "wy debile!" (cytat z nowej wersji przygód Kubusia Puchatka). Zaraz potem wpada uśmiechnięty Dantom. Po nim wraca Flash ze szklanką, w której bełta się jakieś 200 g. wódki. Patrzy on na mnie i rzecze: "Wal! Się nie sraj!". Siedzę lekko zdołowany, bo nie wiem czy rzygnę przed czy po wypiciu (sama myśl była ciężka do strawienia). Ufff. Wypijam zawartość po paru minutach siedzenia po turecku na łóżku. Reakcja organizmu normalna - lekko mnie skręca, krzywię się jak małpa, ale cóż... poszło.

od lewej: Szymon, Suja, Asia, SirVisant

Sir Visant prezentuje rodzinkę.
Suja w roli ochroniarza przed cygankami.

Po "toalecie" idziemy z Flashem do miasta, żeby cos przegryźć. Gryziemy flaki i jajko w żurku, następnie bluzgamy na cygankę, która weszła do restauracji, medytujemy i wychodzimy. Ręce się trzęsą, ale już jest nieźle. Wracamy do Chatki. Pakujemy się, zganiamy koty, które są wszędzie. Przychodzi reszta. Pożegnania trwają. Najczęściej obściskujemy się po parę razy w kilkuminutowych odstępach. Idziemy do Domu Adwokata, aby pożegnać SirVisanta i jego rodzinę. Dowiadujemy się, ku naszemu zdziwieniu, że miła administratorka z Adwokata miała jakieś dziwne pretensje za imprezkę, która miała miejsce ostatniej nocy. Że było chamstwo, że nie posprzątane itd. Bzdury totalne. Ci, którzy zostali najdłużej posprzątali za sobą. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. A już się cholera mieliśmy wybrać do tego Domu na wiosnę, a tak co najwyżej ... wiadomo, szkoda gadać. Sirek z rodziną pakowali się w tempie pożarowo-wojskowym. Vneb z załogą próbowali odpalić jego poloneza, który po chwilowej dobrej formie ... padł. Pchamy raz, pchamy znowu, a to zielone nie chce zaskoczyć. Ktoś zatrzymuje samochód miejscowego. Ma on linkę, fajnie. Sir mocuje linkę miedzy swoim autem a poldkiem i jadą. Jeżdżą tak dobre pare kilometrów, bo trupek ani drgnie. Jadą nawet po paliwo na stacje. Klient (miejscowy), który pożyczył im linkę jeździ za nimi po całym Kaziku tam i z powrotem — jest co najmniej zdziwiony. Wyjeżdżający autobusem (Eeni, Byczek, Flash i ja) oraz gościnnie Taskar i Mardok idziemy w stronę rynku. Rozdzielamy się. Podczas czekania na busa widzimy jak jedzie Sir z rodziną, Taskarem i Jagienką oraz Vneb z Jennifer i Mardokiem. Udało się. Pojechali. Przyjeżdża autobus, wyjeżdżamy.

--Powrót--

W Puławach, w drodze do dworca "spotkaliśmy" Taskara, który wybiegł w naszym kierunku z baru. Siedział tam z żoną przy piwku. Przyłączyliśmy się. Do Warszawy wyruszyliśmy o 15.52. W naszej “załodze” były cztery osoby. Jagienka z Taskarem wyjechali wcześniej. Na Centralnym odbyło się serdeczne pożegnanie naszej czwórki. Rozdzieliśmy się. Flash i ja czekaliśmy 23 minuty na pociąg, który tyle czasu się spóźniał. Ciekawe, ze zaczynał bieg z W-wy Zachodniej, oddalonej o 4 min. jazdy. Weszliśmy do przedziału, w którym siedział młody człowiek. Zapytałem czy jedzie z Zachodniego. On na to:- Nie paniemaju. Okazało się, ze jest to Litwin, który wraca do domu po rocznym pobycie w Anglii, gdzie pracował fizycznie. Dopłatę do naszych jedynek (bo druga klasa była zapchana) robiła bardzo ładna konduktorka, która, jak się okazało, była przyczyną opóźnienia. Na nią czekał ten pociąg. Wypisała dopłatę i tyle – właśnie tylko tyle, a taka ... W Białymstoku zmieniła się obsługa pociągu. Okazało się, że nasza "piękna konduktor" wypisała nam źle dopłatę. Po krótkiej kłótni nowa kontrolerka dała nam spokój. Dotarliśmy do Ełku około północy. Tekst ten pisze w nocy z poniedziałku na wtorek (jest czwarta rano) i jeszcze trochę odczuwam skutki trzydniowego degustowania.

--Epilog--
od lewej: Dziumello, Byczek, Jagienka, Taskar, Kicia, Vneb, Dantom, Mardok, Suja, Jennifer

Zjazd był dość rozchwiany

Zjazd był. Jaki był? Chyba dość rozchwiany. Miał na pewno inny wymiar niż pierwsze spotkanie w Łodzi. Poza kilkoma potknięciami był fajny. Chciałbym zaznaczyć, że bardzo żałuję (jak i większość uczestników) tego, że nie przyjechało tak wiele osób. Zabawa liczniejsza jest głośniejsza i bardziej zakręcona, a chyba o to chodzi. Pozdrawiam wszystkich tych, których trafiał szlag, że z rożnych niezależnych od nich powodów na tym jakże ciekawym zlocie być nie mogli. Trudno, tak się zdarza. Mam nadzieje, że Olimpijczykom nie zabraknie energii i spotkamy się jeszcze w szerokim gronie. Przykro mi z powodu osób, na których przyjazd czekaliśmy jeszcze na zjeździe. Chyba należało nas (organizatorów i uczestników) uprzedzić. Ze swojej strony zapewniam, że nie czuje jakiejś urazy do Was, bo niby czemu, ale brakowało pewnej solidności z Waszej strony.

Kończę te nocne klepanie z nadzieją na następną "coolawkową" (nie piwo, nie) imprezkę z Olimpem. Zapraszam serdecznie wszystkich: pierwszorazowców i tych już starych wygów. Zjazd kanału droidowego to miejsce dla ludzi otwartych i ciekawskich. Wnioski, które wspólnie jako organizatorzy wyciągnęliśmy z tego wydarzenia, na pewno pozwolą lepiej zorganizować kolejną bibkę. Bez względu na skład przyszłej ekipy zarządzającej propozycje usprawnień zostaną przekazane.

Podczas tego weekendu, po raz kolejny, chociaż na parę godzin, wyłączyliśmy się z real’a, wcale nie wchodząc na ircxowy serwer. Do następnego.


Należą się Wam pewne wyjaśnienia. Tekst ten jest cholernie subiektywny: pomijam wiele wydarzeń (celowo albo dlatego, że o nich zapomniałem). Słowo "my", którego nadużywam, czasami dotyczy np. mnie i Flasha, innym razem trzech osób, a kolejnym wszystkich obecnych w Kazimierzu.

Flash, dzięki za korektę. Jak widać została uwzględniona.

Powrót