|
Są w życiu takie chwile, kiedy nagle tracimy kontrolę nad tym, co się z nami dzieje i poddajemy się mimowolnie, pozwalając na to, aby kierowały nami uczucia. Jeśli już stracimy kontrole nad sobą – nie będziemy mogli się uwolnić, nim okaże się, że to wszystko było tylko chwilą głupiej słabości... Nim coś nas zaboli tak bardzo, że ockniemy się z tego stanu odrętwienia i zobaczymy to wszystko, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. A zobaczyć możemy różne rzeczy, z których nie zawsze będziemy mogli być dumni... Czy więc warto? Czy można się przed tym jakoś bronić?...
To było dawno temu. Czasami wracam wspomnieniami do tamtych lat, przemierzam dawno opuszczone zakątki, żyję atmosferą tamtych dni. Wtedy tak zwykłe chwile, dziś wydają mi się wspaniałym skarbem, który wzbogaca mnie o tyle niezapomnianych doświadczeń. Szczególnie jedno z nich... Ech... To było coś niesamowitego. Pojawiło się tak nagle i tak niespodziewanie. Nadeszło z najmniej oczekiwanej strony w najmniej oczekiwanej postaci, nadeszło przygnane wichrem chaosu, ślepego przypadku. Przypadku, który zadecydował o tym, że postanowiłem rozejrzeć się w innych sieciach IRC. I stało się. Niektórzy ludzie wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia. Ale pytanie – czy można się zakochać od... pierwszego przeczytania???
Tak, to trochę śmieszne. Śmiałem się zresztą wtedy sam z siebie... Śmiałem się, chodząc jak nieprzytomny, błądząc w obłokach i myśląc wciąż o tym samym. A kiedy się przestawałem śmiać, odlatywałem zupełnie, pogrążając się w tym moim zauroczeniu po same uszy. Miłość – zauroczenie, zauroczenie – miłość... Różnica tak oczywista, a jednocześnie tak rozmyta. Czasami o wiele bezpieczniej jest mówić o zauroczeniu. No chyba że jest się na tyle szalonym, że wali się prosto z mostu, trafiając często w samo sedno rzeczy. Zresztą miłość – czy jak by tam tego nie nazwać – jest tak prosta w swojej złożoności, a czasami nawet tak złożona w swojej prostocie, że próby jej sklasyfikowania, czy odróżnienia różnych jej postaci kończą się często totalnym fiaskiem...
Dziewczyna z Internetu... Tak, to brzmi nawet romantycznie. W dodatku ten Internet, ta cała sieć... To na pewno nie jest normalne środowisko, to nie jest nasza normalna codzienność. Sieć można by traktować jako skrawek rzeczywistości, ale równie dobrze można się zapomnieć i wypełnić nią sobie całą rzeczywistość. Ja niestety należałem do ludzi, którzy dawali się bez reszty wchłonąć literkowym światom IRC-a czy ICQ. Co gorsza, widziałem w nich zupełnie inne światy, nie powiązane z rzeczywistością. I tu tkwiła właśnie przyczyna późniejszych wydarzeń.
Można powiedzieć, że stało się to, co musiało się stać wcześniej czy później. Fakt, że stało się później – i to o wiele za późno. A zresztą... Sam nie wiem czy czas odgrywał tu aż taką rolę. Któregoś dnia wirtualna dziewczyna pojawiła się nieoczekiwanie w rzeczywistości. W zasadzie to nie było aż tak nieoczekiwane... No ale pojawiła się w rzeczywistości. A co gorsza – ja też. Ja niestety też. Mniejsza o szczegóły, niektóre z nich są zresztą zbyt bolesne. Chyba nie przypominałem w realnym świecie tych kilku literek co zwykle, składających się na mojego nicka. Tak jakoś głupio wyszło, że między moim sieciowym wizerunkiem, a tym, co chodziło sobie naprawdę, była spora różnica, nawet ja sam nie zdawałem sobie sprawy z jej ogromu. Ogólnie mówiąc – skończyło się. Wszystkie chore urojenia załamały się, rozpierzchły niczym białe obłoczki, ulotne mgiełki. I trzeba było się z tym pogodzić, choć na pewno nie było to łatwe.
***
– Zobacz, wiewiórka! – rzeczywiście, wśród liści korony drzewa poruszyło się coś i pognało zwinnie skacząc po gałęziach, niknąc nam z oczu wśród gęstwiny.
– Lubisz wiewiórki? – zapytałem odwracając głowę z powrotem w stronę Amandy.
– Uwielbiam! To takie śliczne, zwinne stworzonka... Takie ruchliwe i...
– Rude? – przerwałem jej w pół zdania z nieco drwiącą miną.
– Tak, właśnie że rude! – Amanda prychnęła. Roześmiałem się na taką scenkę... ona była przeurocza. Objąłem ją i poszliśmy dalej rozkoszując się urokami ciepłego wiosennego wieczoru.
Cienka nić, która utrzymywała ciężar wszystkich moich wątpliwości dawno już pękła, upuszczając w otchłań wszystkie ich resztki, jakie jeszcze kotłowały się w zakamarkach mojej duszy. Nie trzeba było dużo czasu, nie przy Amandzie. Była... idealna? Tak, była bliska ideału. Niesamowita pod każdym względem, szalona w ten niezwykły sposób, który pozwalał jej być jednocześnie natchnioną romantyczką i dziką kotką...
– Palenie szkodzi zdrowiu! – krzyknęła nieoczekiwanie.
– Że co? – stanąłem jak wryty.
– Sam zobacz! – wskazała na mężczyznę siedzącego na ławce, palącego papierosa. Mężczyzna sprawiał wrażenie człowieka, który miał niedawno do czynienia z wysokoprocentowymi trunkami.
– Trzeba mu to powiedzieć! – twarz Amandy była zabójczo poważna.
– Nie jesteś ministrem zdrowia, szczęścia, pomyślności... – nie wytrzymałem i roześmiałem się.
– Może jednak mam w swojej dyspozycji jeden z tych resortów? – popatrzyła na mnie figlarną minką.
– Taaak? – zapytałem przeciągle.
– Tak, ale widzę, że to będzie jednak resort zdrowia... – uśmiechnęła się i zaczęła iść zdecydowanym krokiem w stronę palącego człowieka.
– Wiesz, chyba się jednak z tobą nie zgodzę... – powiedziałem, po czym chwyciłem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. Spojrzałem jej prosto w oczy i złożyłem na jej ustach długi, namiętny pocałunek.
Czy podziwialiście kiedyś piękno gwieździstego nieba? Piękno milionów świetlistych punkcików iskrzących się gdzieś wysoko nad naszymi głowami? Cudowny widok... Są rzeczy które sprawiają, że przeciętne doznania nabierają kolorów, oddziaływują silniej na naszą psychikę zwielokrotniając poziom odbieranych wrażeń. Co jednak dzieje się, gdy siła doznań, które są piękne same w sobie, zostaje zwielokrotniona? Trudno to opisać, ale łatwo zrozumieć w takich chwilach jak ta... Siedzieliśmy razem pod gwieździstym niebem, przytulając się do siebie od dłuższego czasu. Dwa krótkie, dziewczęce słowa przerwały ciszę, zdawałoby się wieczny puch, który opadł na wszystko dookoła.
– Kochasz mnie?
Jak mogłem jej nie kochać?
***