Oczekiwanie było nieznośne. Te wakacje były nieznośne. Chciał, żeby zaczęły się wykłady, żeby mógł skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością, żeby mógł odnaleźć swoją Ashanti. Najgorsze, że nie bardzo miał się czym pochwalić. Długie dni oczekiwania nie pomagały mu w abstynencji. Co prawda jemu wydawało się, że pije mniej, dużo mniej. Prawda była jednak okrutna – pił tyle samo. Mniej się upijał, bo jego norma trochę wzrosła, organizm zrobił się odporny. On niestety nie. Tak bardzo chciał, że oszukiwał się co dzień, po każdym kieliszku, że to ten ostatni. Potem już nic... I przychodziły długie wieczory patrzenia na kanał gdzie nie było tego jedynego nicka, tego na który czekał, a doczekać się nie mógł. Tak jak dawniej powoli tracił siłę napędowa do wszelkich postanowień. Zagłębiał się w brudnych czterech ścianach własnego niezbyt silnego jestestwa i cierpiał, bo wiedział, że oszukuje, że nie jest dobrze.
Ile razy odpalał komputer, zaglądał na kanał, milczał przez chwile i uciekał nazbyt słaby, żeby obserwować to miejsce bez brutalnego – jak mu się kiedyś zdawało – wsparcia Ashanti. Kanał obumierał pozbawiony swojego pana, rozszarpany urlopowymi wyjazdami większości użytkowników. Kanał potrzebował siły, a miał tylko Armagedona – zbyt słabego, by poradzić sobie z sobą samym, zbyt słabego, żeby zaprowadzić odrobinę porządku w tym wirtualnym przybytku charakterów nie zawsze prostych, nie zawsze przystosowanych do większych społeczności. Kanał obumierał wraz z Armagedonem, który już go nie widział, już go nie chciał, a raczej chciał z niego tylko jedna rzecz, jedną osobę. Chciał ją przenieść w real, powoli zdając sobie sprawę, że sam w realu i tak sobie nie bardzo radzi. Jak? Jak miał ją zdobyć, skoro teraz nie należał już nigdzie. Gwałcony kanał wypchnął swojego mistrza na margines. Ludzie powoli zapominali, skąd pochodzi to miejsce, w którym jest im dane się spotykać... A Armagedon, widząc to, nie robił nic. Czekał. Czekał na coś, na kogoś, kto był dla niego nieosiągalny. Jak sobie to uświadamiał – znowu pił. I znowu zapominał. I czekał...
Wakacje, jak wszystko, dobiegły wreszcie końca. Wróciła też Ashanti.
<armagedon> Ashanti...
<armagedon> wrocilas
<Ashanti> tak
<armagedon> czekalem wiesz
<Ashanti> slawek to nie ma sensu
<Ashanti> przepraszam
<armagedon> nie rozumiesz
<armagedon> czekalem na CIEBIE
<Ashanti> slawek prosze
<Ashanti> mnie juz nie ma przepraszam mozesz mnie znienawidzic ale...
<Ashanti> nie wiedzilam ze tak wyjdzie nie bede cie oszukiwac nie gniewaj sie poznalam kogos
<Ashanti> slawek
<Ashanti> ale pamietaj co mowilam o tobie
<Ashanti> przeciez wiesz ze mam racje...
<armagedon> tak...
I to były ostatnie słowa na kanale zamienione między nimi. Dużo później, dowiedział się, kto to jest Ogre. Dużo za późno. Pierwszy dzień po wakacjach był dla Sławka powrotem do starej rzeczywistości. To znaczy on nigdy od niej nie uciekł, ale... teraz już nie musiał, nie chciał się usprawiedliwiać przed sobą samym i przed całym światem. Pił. Pił tak jak zwykle, tak jak zwykle przemykał się zatłoczonymi ulicami i jak zwykle po pracy włączał komputer, żeby usnąć na klawiaturze i obudzić się z ciężkim kacem. Kanał wyrzucił go na margines. Chociaż... chociaż tylko szukał pretekstu, żeby przyjąć go powtórnie, oddać się w jego ręce. W ręce mistrza. Nikt, dokładnie nikt z tych największych jego znajomych na kanale nie był w stanie przeciągnąć go na te lepszą, żywą stronę. Paradoksem stało się to, że to on właśnie któregoś dnia pomógł komuś innemu podjąć decyzję. To on ulżył potrzebującemu, mimo że jego los od zakończenia tych wakacji był przesądzony. Armagedon nie umarł dla świata.