Opowiem wam historię.
Spotkali się ludzie. Wcześniej znali swoje pseudonimy... nie! nicki i poniekąd wiedzieli, co kto robi w życiu. A poza tym? Umówili się i przyjechali w jedno miejsce. Czy ktoś z nich miał jakieś nadzieje? Na co? Raczej jechali tam, żeby zobaczyć z czystej ciekawości. Zerojedynkowy świat IRC-a ma swoje prawa. Jednym z nich jest stuprocentowa anonimowość, dopóki ktoś nie uzna, że chce się odsłonić. A tutaj? Real. Niewiele potrafią ukryć ci, co tak świetnie kryją się w świecie tamtym.
Załóżmy, że było tak.
Ashanti jechała tam, bo wiedziała, że nie będzie Armagedona. Reszta nie miała znaczenia... no, może tylko Elza, ale ona słowa nie piśnie, bo nieraz mówiła, że to co robi Ashanti (w realu Magda) jest okej. Jechała spotkać ludzi i udowodnić sobie to, co wparła Sławkowi – że jest silna, mocna, wytrwała. Prawda była zupełnie inna. Zaatakowała Sławka na kanale zaraz po tym, jak przez półtora roku próbowała zagadać do niego na uczelni po wykładzie. Ile starań trzeba było, żeby się dowiedzieć, jaki jest konik Ślimaczka (tak na niego mówili studenci), potem kupić sprzęt i nauczyć się. Magda nie różniła się niczym od innych ircowników – jak raz zaczęła, to się wciągnęła i mimo, że to wszystko dla niego – Armagedona – teraz jechała z tym samym postanowieniem: przenieść IRC w real, poznać tych, którzy stoją za literkami, znaczkami, zerami i jedynkami.
Pociąg toczył się wolno. Niewielka stacja, gdzieś w samym środku głuszy. Szumiący las, kaczki pana zawiadowcy i budka z oranżadą w woreczkach foliowych. Ashanti, Magda wysiadała z wagonu, rozglądając się na boki i szukając – kto jeszcze? Kto jeszcze tam, gdzie ja? Na kanale żartowali, że przyczepią sobie karteczki na plecach – „IRCPARTY” – ale teraz ani ona, ani nikt inny na dworcu takiej karteczki nie miał. Wysiadło niewiele osób. Większość młodych. W zasadzie każdy mógł tutaj przyjechać w tym celu, co ona, ale o to trzeba zapytać. Hmm... łatwo powiedzieć. Tu nie była Ashanti, była Magda, a Magda nie miała odwagi zapytać nawet, która godzina, była wstydliwa. Tłumek się rozchodził. Jednych odebrały rodziny, inni poszli w swoją stronę. Zostały trzy osoby. Para, już niemłoda, chociaż i niestara chyba. No może czterdziestka. Tak, na pewno coś koło tego, i młody chłopak – na oko 17. W jakiś magiczny sposób była pewna, że to właśnie oni, że to część kanału. W tym momencie nie mogła sobie przypomnieć zdjęć. Pamięć płatała jej figla, zresztą zdjęcia są zawsze niewyraźne. Drobna, można powiedzieć mała, stała na dworcu i czekała, co z tego wyniknie. Pierwszy ruszył młody. Od razu z uśmiechem na twarzy do niej:
– Ircparty?
– Aha
– Anton – powiedział i to musiało tłumaczyć wszystko – a tak naprawdę Czarek – uśmiechnął się troszkę nieśmiało tym razem. Co innego Anton z kanału, co innego Czarek na dworcu.
– Ashanti – usłyszała swój głos i nagle przynajmniej to jedno stało się proste. Wypowiedzenie następnych słów do obcego człowieka, którego widywała miesiącami codziennie, chociaż nigdy nie widziała jego twarzy – znaczy Magda – dodała i to też tłumaczyło wszystko.
– Ashanti wojująca – Czarek też ją znał, gadali kilkakrotnie niezobowiązująco. On był młody i jeszcze nieczęsto się odzywał na kanale.
– Myślisz, że ci starsi też od nas?
– Nie wiem. Myślę, że tak. Na coś czekają.
– Nie wiem, kto to może być. Najprędzej Elza i Dominik...
– Może masz rację, znasz ich lepiej. Chodź – zapytam.
Tak, to jej stanowczo odpowiadało. Niech on zapyta. Tak odwróciły się role. Real zweryfikował charaktery. To była Elza i to był Dominik. Ashanti od razu wiedziała, że ich polubi. Z odpowiednim dystansem pochodzącym od starszego wieku, wykazywali ten jedyny w swoim rodzaju luz ludzi, którzy żyją w cyberprzestrzeni zaklętych pokoi, miejsc, gdzie popija się piwo bez piwa i gra się w karty bez kart, tam nie było wieku, więc i tutaj siłą rzeczy jakby ginął, był zbędny.I tak się schodzili. Do późnego wieczora, na polanę koło ośrodka wczasowego, gdzie były wynajęte pokoje. Standard – Ashanti pamiętała to z harcerstwa – ognisko, gitara, magnetofon, piwo i masa ludzi. Było to dla niej niepojęte zjawisko – znała ich w większości, a oni w większości znali ją. Potrafili rozmawiać o pracy, szkole, komputerach, jakby wczoraj dopiero co rozeszli się z jakiejś wspólnej imprezy. No nie. Nie byli wszyscy tacy sami jak na kanale, raczej w większości różni. Ta różnica... hmm, trochę nieuchwytna, jakby drobny brak ostrości w porównaniu z tym, co pamiętała. To tak jak z Czarkiem – na kanale cichy, tutaj dusza towarzystwa. To tak jak ona. Czuła się obserwowana: większość uważała ją za twardziela. Jeeezu, jak się mylili, a ona akurat dzisiaj, akurat tutaj nie miała ochoty niczego zgrywać, zadziwiające, jak szybko real potrafił pogodzić się z IRC-em, zaakceptowali swoje nowe wcielenia i mogli się bawić, bawić się tak samo beztrosko, jak to bywało w długie zimowe noce na kanale. Magda patrzyła na to i cieszyła się, że tak może być. Potem wzrok spotkał spojrzenie. Najpierw dyskretne. Czuła się jak na filmie: z tłumu poruszającego się dookoła ogniska w zwolnionym dla niej tempie wyłoniła się twarz, a raczej oczy, a raczej... Nie, nie wiedziała co. Nie wiedziała, dlaczego właśnie w tym momencie zrobiło to na niej aż takie wrażenie. Bądź co bądź minęło już parę godzin, widziała już wszystkich. Tą twarz i oczy również... ale nie w takim momencie, kiedy nie zdążyły się ukryć, odbiec gdzieś w dal lub udawać, że patrzą gdzie indziej, obserwują z zainteresowaniem jakąś konwersacje o Pentium II czy innym MMX... Ten stan ogarnął ją bowiem pierwszy raz.
Wstała. Poszła w drugą stronę, w cień lasu, przestraszona tym, co nagle się w niej stało. „Nie, to niemożliwe” – mówiła sobie – „Armagedon, on się liczy. Wydaje mi się... to tylko przypadek, ten wzrok”. Coś się w niej szarpało, coś biło na alarm i wymagało od niej rzeczy, których całą siłą woli nie chciała przyjąć do wiadomości. Próbowała się z siebie śmiać: „stara krowa” i takie coś. „Miłość od pierwszego wejrzenia” – powtarzała z wewnętrznym śmiechem, wcale niepewna czy wie, z czego się śmieje, czy w ogóle się śmieje. To jednak był fakt.
Kiedy wróciła, siadł gdzieś obok, potem bliżej, potem siedzieli blisko siebie. Dogasało ognisko, a on jakby chciał je zastąpić albo ogrzać się jej blaskiem. Wymienili spojrzenia. Padło parę słów nieistotnych. Tyle tylko, że dowiedziała się, że zna go już od jakiegoś czasu. Często rozmawiali o filmie, o kanale, o książkach. Podobne pomysły, podobne poglądy. Lubiła na IRC-u. Teraz real dał resztę. Jak w matematycznym równaniu dwa i dwa jest cztery. Poznała człowieka, a raczej twarz dodała do wiedzy, którą posiadała już dawno i była pewna, że całość kocha. Teraz, już w tym momencie, mimo nierealności sytuacji, mimo gasnącego ognia i dogorywającego mocno już pijanego towarzystwa... on też trochę zdziwiony, że to właśnie ona, zrobił się bardziej nieśmiały, już nie starał się znaleźć jej wzroku. Zabijali czas rozmową o mało istotnych sprawach: „a co w domu”, „gdzie pracuje” itp. – powtórka z pierwszych rozmów na kanale. Jednak ona chciała czegoś innego i on... nie, tego nie wiedziała, ale on też chciał czegoś innego. Ogre albo jak kto woli Dawid chciał jej bliskości, bo jak tylko ją zobaczył, wszelka przeszłość została daleko za nim. Bardzo daleko. Wydaję się, że nawet bardziej niż ona pieścił tą chwilę, jakby niepewny czy przypadkiem nie naraża się na śmieszność i odrzucenie. Desperacja uczuć była większa niż zdrowy rozsądek, przynajmniej u Dawida.
Po wielu godzinach wyciągnął rękę i trochę jak ślepiec w czerwonym świetle płynącym od ledwie tlących się polan szukał ręki Ashanti, Magdy. Aż ją znalazł. Przyjęła jego dłoń bez sprzeciwu, a raczej z ulgą. Jakby sama miała to zrobić już dawno, ale brak odwagi hamował jej ruchy. Przytuliła głowę do jego ramienia i przypomniały jej się słowa z tematu starego szkolnego wypracowania, jakiś cytat z wiersza. „Chwilo jesteś piękna, trwaj wiecznie”, wyszeptała. A potem podniosła się szarpana nagłą odwaga wewnętrznej Ashanti, prowokującej wojowniczki. Armagedon kołatał się gdzieś w jej umyśle, ale bardziej jako zszarzały obrazek na ścianie. Nie miał znaczenia. W zasadzie zrozumiała, że nie miał znaczenia nigdy. Był ideałem, który sięgnął bruku, a jej umysł podsunął jej myśl ratowania ideału. To tutaj było realne, choć tak do końca nie wiedziała, jak to jest możliwe, że dzieje się tak szybko. Z całą pewnością sytuacja nie nadawała się na książkę. Dwoje obcych ludzi, którzy znają się w miarę dobrze przytulają się do siebie, w następnym momencie spacerują po lesie, a w następnym...
Noc była ciemna, ciepła, szumiąca i tajemnicza. Siedzieli na kocu. Objęci, przytuleni każdą cząsteczką ciała, jakby jeszcze smakując miłość, którą sobie dali przed momentem. Nasyceni. Obok przechodziła para. „Patrz Franek, jak oni się kochają!!!! Jeeeeezu stary! Kiedy ty taki byłeś?!” – powiedziała paniusia, a pan już tylko zabełkotał zbyt pijany na to, żeby sklecić dwa słowa. Odgłosy pijanego wczasowiska: muzyka z radia, gdzieś gitara, wrzeszczące dzieci i ich ojcowie pijani i szczęśliwi wolnością wypoczynku przed kolejnymi miesiącami pracy ponad siły dla dobra rodziny. To wszystko przewijało się obok tak długo, aż nie zasnęli objęci w zbyt ciasnym śpiworze, który dla nich był bez dna, za wielki, żeby się naprawdę dobrze dopasować, żeby wycisnąć do ostatniej kropelki przekazywaną raz za razem miłość tyleż cielesną, ile i duchową. Do rana. Potem już nie słyszeli odgłosów, zasnęli wtuleni w siebie nie analizując, nie myśląc, o tym, co było, ani o tym, co ich czeka, co zrobią jak się obudzą tacy ostatecznie połączeni w niespodziewanym impulsie wyobraźni, uczuć, pożądania. „Mam żonę” – te słowa powinny wiele zmienić. Powinny nawet wszystko zakończyć. Ale nie w ich wypadku. To było teraz bez znaczenia, choć miały nadejść jeszcze takie chwile, w których ten fakt boleśnie ich podzieli, a nawet – być może – rozdzieli na zawsze. Teraz jednak byli tak dalece zatraceni w budzącym się poranku, zatraceni w sobie i w uczuciu, które wybuchło, przyszło z daleka, spoza granic pojmowania i zostało miedzy nimi na tę jedną noc i na wiele dni rozmyślań, przemyśleń i tęsknoty.
Ashanti, Magda zapomniała o Armagedonie.