Olimpiada      Świat, którego nie ma (3)
     Erg, ilustacje: eripmav

Tęsknoty, marzenia, pomysły, zachcianki... real? On nie istnieje. Nie ma mnie, nigdy mnie nie było. Normalna szarość powszedniego dnia – zajęcia na uniwersytecie. Studenci, studentki (hehe). Nie ma mnie...

Właściwie nigdy się nie zrealizował. Chciał być lotnikiem, jak większość małych dzieci, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Tyle że nie z powodu ulotności dziecięcych marzeń – on taki nie był – ale z powodu wzroku. Za słaby. Od tego wzroku zaczęły się jego nieszczęścia. Nieszczęśliwe, niezrealizowane marzenia. Ostatecznie został po studiach (tata chciał) mikrobiologiem. Było to o tyle męczące, że nigdy go nie pociągało niestety. Ojca tak. Często powtarzał – szczególnie jak się napił – „nie ma mnie”...

<armagedon_away> nie przeszkadzaj stary
<martens> wyluzuj sie bracie
<martens> zycie jest piekne no nie :)))))))
<elza> zostaw go
<elza> to kolejny ciezki dzien slawka
<martens> jak go zostawie to go te euej wykonczy calkiem
<elza> przestan
<martens> hej armagedon co z toba po co tu przychodzisz
<armagedon_away> przestan

Chyba nikt poza Elzą nie wiedział, że to on właśnie założył kanał. To było tak dawno, że teraz wydawało się nierealne. W ciągu tych trzech lat odzywał się naprawdę niewiele razy. Nie po to tu przychodził. Wystarczała świadomość, że to jedno jest takie, jak chciał: przyszli tu wszyscy i byli dla siebie. Często tak różni, że nawet nie zdawali sobie z tego sprawy.

Niejedną noc przegadał z Martensem. W tym chłopaku było tyle buntu i niespełnienia – poniekąd byli podobni. Jego obrona, złośliwy dowcip – zwykła fasada. Czy ktoś wiedział, że pisał wiersze? I potrafił kochać... Kiedy go zabili, Armagedon milczał bardziej niż zwykle. To on powiedział mu, że jedynym wyjściem jest zakończenie tych brudów. Jakaś ulotna rozmowa, jedno zdanie. Zrobił to. Kanał niemal fizycznie opłakiwał swojego człowieka. Nie wszyscy go lubili, ale był ich. Listek – płakała naprawdę. Armagedon pił dwa dni. Znowu mu nie wyszło. Chciał pomoc tej dwójce i zabił chłopaka. Nie było pocieszające nawet to, że dwa dni później Dominik i Elza spotkali się – i zakochali – w realu... po roku. Teraz mieszkają już razem. Musieli kupić dwa komputery. Ale Martens już tego nie dożył. Zawsze z nich żartował, ale i poniekąd zazdrościł tego ciepła, które potrafili okazać sobie tak jawnie, od nich się uczył. Na kanale jest miejsce dla każdego, ale Armagedon nie szukał tutaj miejsca dla siebie. „Nie ma mnie” – powtarzał. Był away i tutaj – w życiu. Całe pasma niepowodzeń: małżeństwo, praca, dzieci – nic nie szło, jak należy. Zawsze jego wyciągnięta ręka martwiała w pół drogi – potrzebujący okazywał się mocniejszy, bardziej zacięty i perfidny niż jego wyobrażenie. Martens – tego nigdy sobie nie wybaczy. Po co? Po co z nim rozmawiał, umoralniał, był dobrym wujaszkiem z zasadami, który stara się wyprostować życie niedojrzałego podlotka. Martens nie był podlotkiem, jak się okazało. Tyle, że dla niego było za późno. Postąpił, jak ktoś starszy. Armagedon wiedział, że sam pewnie by się nie zdecydował. Ciągle porażki wykształciły w nim zasadę przepływania z prądem od zdarzenia do zdarzenia – w ten sposób nie miał problemów. To znaczy miał je nadal, ale minimalizował skutki. Brzydził się sobą. Na kanale go szanowano. Pytania co zrobić – zawsze trafiały do niego. Rozstrzygał masę spraw dla tych ludzi starszych i młodszych, ale nigdy nie zdecydował się na spotkanie z nimi twarzą w twarz. Bał się. Wiedział, że to byłaby kolejna porażka. Konfrontacja udowodniłaby, jak jest słaby, doprowadziłaby do kolejnej porażki... Martens, wybacz. Myślałem, że robię dobrze, nie wiedziałem, że jest w tobie taka siła, chłopie. Nie sądziłem, że będziesz w stanie. Nie wiedziałem... Chciałem....

Kolejna butelka sączona kieliszek za kieliszkiem przed ekranem komputera. Do nieprzytomności, do totalnego upadku. To były jego imprezy z przyjaciółmi, których nigdy nie gościł w domu. Teraz stanął przed kolejnym problemem: kanał się rozłaził. Był sukcesywnie zabijany napływem osobników tak dalece ograniczonych, że rozmowa z nimi była bezsensem. A on z nimi przegrywał. Teraz wychodziła jego słabość. Starzy na kanale liczyli na niego, a on mógł jedynie obserwować, jak dzieło jego życia, jedyna rzecz jaka mu naprawdę wyszła, pogrąża się w chaosie przekleństw i marnotrawienia czasu na ciągłe bitwy. Kanał umierał, bo on umarł już dawno. Nie ma mnie. AWAY. A to był dopiero początek. Koniec? Koniec to Ashanti. Był słoneczny majowy poranek. Przebudzenie z głową na klawiaturze nie miało nic wspólnego z oryginalnością, ten sam kac, trampek w gębie i... Nie – widok na ekranie był inny niż zwykle w takie poranki. RESET RESET RESET...

Następny rozdział >>

Poprzedni Następny Powrót