Olimpiada      Taskar na Olimpie (1)
     Taskar

Tak się to niewinnie zaczyna... Gadu gadu, hejka wszystkim, fajnie jest. Potem odpieramy dzielnie niekończące się ataki w stylu : "jak masz na imię?". Kiedy w końcu trafiamy na nick, rokujący nadzieję na query warte więcej niż 30 sekund, jesteśmy już często - gęsto poważnie zmęczeni. Pewnie dlatego nie zawsze dajemy się poznać z tej strony, z której powinniśmy być poznawani, prawda?

Być może dlatego widzicie Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe), jako że pan Remarque tak właśnie zatytułował swoją książkę. A ona nieodłącznie kojarzy mi się on z taką sytuacją, kiedy postrzegani jesteśmy nie tak, jakbyśmy chcieli, ale jest to tylko i wyłącznie nasza "zasługa", bo przecież "jak cię widzą, tak cię... czytają!"
U nas, ircowników (cóż za śliczny neologizm, Leśmian by się ucieszył), jest to rzecz szczególnie istotna:

PIERWSZY KONTAKT

Tak naprawdę nie jest to jednak regułą. Przesiadujemy sobie przecież na ulubionych #olimpach, #polskach, tudzież innych #wiaraach, w zależności od serwera i cierpliwości oddając temu zajęciu mnóstwo czasu i niepodzielnej (bądź podzielnej, w zależności czy pracujemy, czy nie...) uwagi. Nierzadko widujemy jakieś nicki regularnie, traktujemy się jak starzy znajomi, ale z dystansem. Wreszcie przypadkiem, przeważnie po jakimś głupim docinku, odzywamy się do kogoś i ... eureka! Mamy nową/nowego przyjaciółkę/przyjaciela*.  Zagadajmy więc czasem do siebie, szczerze i po prostu. Tak jak Taskar ostatnio do Uśmiechniętej (pozdrowionka!).

* niepotrzebne - wiadomo...

Muszę teraz napisać to, co tak starannie odwlekam. Otóż jestem KONSERWATYWNY. Nie pod względem poglądów politycznych, ale przyzwyczajeń. Zresztą nic dziwnego - urodziłem się razem z karierą I-go sekretarza, tow. Gierka, a to już parę lat temu... Jednym z moich wstecznych (?! - ależ to brzmi) upodobań jest pisanie na papierze. Tak, tak - to atawizm z czasów, gdy uczyłem się pisać, a przypomnę Wam, że wtedy nie było jeszcze nawet staruszka Commodore 64, bo po prostu lampy się nie mieściły w obudowie! Ludzie kupowali kolorowe telewizory ot, tak sobie, wystarczył jakiś banalny pretekst w rodzaju Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej czy innej OLIMPiady i już w salonie stał Rubin 714p (palny-łatwo). Dlatego ja o lampach katodowych uczyłem się na fizyce, a Wy pewnie już na historii... Mój atawizm w postaci papierowego nośnika, niezbędnego do zapisywania danych, utrwalił się w latach od 286AT do 486SX. Kluczową rolę odegrały tu prozaiczne przyczyny: podczas, gdy ja wyciągałem gotowy list z maszyny do pisania typu ŁUCZNIK (to taki produkt uboczny polskiego przemysłu zbrojeniowego), poczciwy Windows 3.1 (tak, tak, było coś takiego) był jeszcze w trakcie rozgrzewki. Ale dość historii. Wróćmy do mojej przypadłości, czyli pisania na papierze. Przeszkadzać to może na co dzień tak mocno nie przeszkadza (na co dzień - uwaga maturzyści, to naprawdę tak się pisze!), nawet udaje mi się dzięki temu utrzymywać przy życiu konającą epistolografię, z której kiedyś nasz naród słynął w świecie (na pewno bez sięgania po Słownik Wyrazów Obcych Kopalińskiego wiecie, że chodzi o sztukę pisania listów). Niemniej jednak powoduje pewne niewygody oraz psychiczne blokady. Dlatego właśnie tą stronę internetową muszę zaczynać od kuchni - i nie jest to, niestety, przenośnia. Tylko to pomieszczenie spełnia bowiem dwa niezbędne warunki: posiada stół i mogę w nim sobie zapalić. Bo ja, relikt, stronę internetową tworzę na papierze, papier zaś dobrze czuje się na stole i w dymie. Siadając do komputera nie mam szans.

Przyznaję, próbowałem nawet. Zacząłem nieźle, jak na maturze, gdy temat "siada". Z rozpędem i z radością. Po dwóch zdaniach zapomiałem, co miałem napisać, po następnych dwóch przeszedłem w bełkot, by po natępnej frazie osiągnąć stan ambasadora Mongolii. Nie wiecie, co mam na myśli? Pokażę wam na zjeździe, gdzieś nad ranem, jeśli mi przypomnicie. Odpuściłem zatem. Mam już wystarczająco latek, by wiedzieć, kiedy się poddać z godnością, bez zbędnej szarpaniny. Wziąłem notatnik, poszedłem do kuchni. Tu, wspomagany kofeiną i nikotyną, piszę szybciutko i bez żadnych przeszkód. Nad czym więc tak rozpaczam? Nad przewrotną sytuacją. Spójrzcie: ja, komputerowy nałóg, któremu od paru lat płacą za to, że lubi te klocki, siedzę nad kartką papieru, by zrobić stronę do Internetu. Tak, w kuchni. Tymczasem moja słodka Lamercia męczy windowsowego pasjansa na kompie (nawet żonę nazywam w sposób wyraźnie wskazujący na moje binarne powiązania). Lamercia ma w skrzynce koło nogi parę ładnych Giga i wcale jej nie przeszkadza fakt, że siedem lat temu tyle megabajtów to miały wszystkie komputery w mieście (doliczyłem zakłady przemysłu ciężkiego o militarnym znaczeniu). W mojej ówczesnej firmie był potężny twardziel: 40-tka. Słownie: czterdzieści MB. Dwie paczki Śp. dyskietek 5-calowych (R.I.P - wy miękkie, gnące się paskudztwa!) mieściły numery gazety z całego roku. Pełnokolorowej gazety, nie myślcie sobie! Tak było. Pradziadek Win3.11 instalował się z 8-miu dyskietek 1,44.

Taaak... Może więc to dobrze, że mam atawistyczne nawyki? Z tym pisaniem na papierze? Może dobrze, że Lamercia nie rozkłada kart na stole, tylko katuje myszkę? Może dzięki takim zaszłościom zachowam link do rzeczywistości, do prawdziwego życia? I może nie będzie za parę lat takiej sytuacji, że Taskar, siedząc podczas urlopu nad morzem, obok parasol chroniący od słońca (nie mnie, laptopa!), będzie łączył się z #olimp i ircował:

<taskar_na_plaży_na_Majorce> re all!

Zastrzelcie mnie, jeżeli zobaczycie kiedyś taki komunikat ode mnie. Będzie on znaczył, że atawizm nie pomógł. Ja jednak wierzę, że moje anachroniczne pisanie na papierze uratuje mnie przed podobnym upadkiem. Chociaż, z drugiej strony, jak sobie przypomnę plażę i te bliźniaczo podobne krzyżówki... Nie! Stop. Nie popadajmy w skrajności. Nie dajmy się wciągnąć galopującej z prędkością 56kbps komputerozie. Walczmy. Choćby po to, aby dowcipy stworzone przez nas o nas, komputerowcach, nie stały się smutną prawdą. Po to, żebym wciskając w windzie guzik mojego 10-go piętra nie szukał klawisza ENTER, by potwierdzić wybór i bym nie burczał pod nosem: ale fatalny interfejs użytkownika...

Druga nad ranem. Kończę tą stronę, by DROID ją jutro dostał (jakie jutro, to już dzisiaj - zgroza). Ale obiecuję pięlęgnować mój atawizm. Moje pisanie na papierze. Dla zachowania równowagi w przyrodzie. By zachować właściwy dystans do rzeczywistości. Czego i Wam życzę. Z całego serca.
Komputer przecież
nie może nami rządzić.

[CTRL + S]
[ALT +F4]

Tfu, tfu... Chciałem napisać:

Wasz Taskar

Następny odcinek >>

Poprzedni Następny Powrót