|
|
|
...Właśnie znów zaczął swe rządy bóg Nocy Creature i jego syn Księżyc. Tysiące gwiazd rozświetla ciemnogranatowe niebo. I jak co dzień, co noc zasiadam przed szklanym zwierciadłem ukazującym olimpijskie biesiady, gdzie można pospołu z niebianami pić boski nektar i spożywać ambrozję, darzącą nieśmiertelnością, oglądać piękność nadziemską bogiń i chwałę bogów, podziwiać pląsy nimf, słuchać muzyki sfer niebieskich i móc zapomnieć, że jest się człowiekiem. Tu wszystko dzieje się jak w przepięknej opowieści, nie mającej początku ni końca. I znów zatapiam się w ten świat niebiański, pełen wrażeń i niesamowitości, upajam się jego życiem, poznaję nowych bogów i boginie. I słucham ich rozmów, żalów, śmiechów i żartów jak cudownej muzyki. I chociaż bogowie są niewidzialni, ani nie można ich dotknąć rozmowy i życie z nimi jest niepowtarzalne. Czasami ma się wrażenie jakby byli obok, tuż za Tobą. To dzięki nim można przeżyć niezapomniane chwile i usłyszeć niesamowite historie... Chociażby takie jak ta, która podobno wydarzyła się naprawdę. A może był to piękny sen, który się przyśnił nam w tą jak dziś srebrzystą noc...
W dalekiej krainie, gdzie po deszczu na nieboskłonie ukazywał się siedmiobarwny łuk tęczy, spinający ziemię z firmamentem i człowiek uśmiechał się radośnie i szczęśliwie, żył bóg o potężnej mocy. Moc ta była tak wszechogromna, że nawet On nie zdawał sobie z tego sprawy. Mocą tą była Miłość. Wszystko było niczym wobec potęgi tego uczucia. Lecz była ona głęboko ukryta w sercu młodzieńca. Kochali go wszyscy, bo potrafił każdemu pomóc i udzielić rady. I był szczęśliwy widząc owoce swoich rad i dobroci. Ale jako ktoś posiadający taką Moc, zrządzeniem wszechwładnego Losu musiał On, dawca Miłości, sam zaznać tego uczucia. I tak się stało... Pokochał piękną śmiertelniczkę, córkę jednego z królów, panujących na ziemi. Była ona skromną istotą, zagubioną i nieszczęśliwą. I jak to w bajkach bywa księżniczka odwzajemniła to uczucie. Dzięki niemu na nowo na jej twarzy zagościł uśmiech. Czuła się kochana i najszczęśliwsza na świecie. A On pokochał ją uczuciem czystym, pięknym i wymarzonym. Była dla niego "niczym pąk kwiatu w przeogromnym ludzkości ogrodzie" a On dla niej wszystkim o czym mogła marzyć. Zdawać by się mogło, że byli dla siebie stworzeni. Było tak w istocie. Ale... no właśnie, ale... On był nieśmiertelny, a Ona zwykłą śmiertelniczką. Rzeczą niemożliwą było pogodzenie tych dwóch rzeczy. Ale mimo to ich uczucie było tak silne, że nic nie było w stanie go poskromić. I tak jak w pięknej opowieści musi być szczęśliwy koniec. Pewnej nocy nasz bóg o pięknym sercu spotkał we śnie swoją wybrankę. Miała na sobie srebrną, księżycową szatę, przy której gwiazdy traciły swój blask. Wtedy podał jej puchar z boskim nektarem i oto Ona wkroczyła w kręgi nieśmiertelnych a ich czyste serca na wieczność połączyła miłość zwyciężająca wszystko. Chmury zaczęły tańczyć, gwiazdy migotać a On śpiewał jej do ucha:
" W moim śnie, cudnym śnie,
przez zieloność wolno płyniesz
i do brzegu zbliżasz się...
Słońce mruży Twoje oczy,
Gdy całujesz, pieścisz mnie ..."I do dziś zasiadają na Olimpie i są szczęśliwi.
...Aż łza zakręciła się mi się w oku, bo czy nie każdy marzy o takiej miłości? Chyba tak. A ja już powolutku odchodzę od szklanego zwierciadła, zasypiam i może mnie we śnie spotka coś takiego, czego i Wam życzę.