Klawiatura niby ta sama, ale jednak inna. Zasiadłem przed komputerem, w ten poniedziałkowy wieczór. Nie, nie będę grał w żadną grę. Nie chcę już wirtualnej rzeczywistości. Mam dość namiastek, substytutów i zamienników. Tęsknię do przyjaciół z krwi i kości, do problemów rzeczywistych, faktycznych i wymiernych. Do dźwięków naturalnych, słów płynących z ust, zdziwienia, które nie jest znakiem zapytania, uśmiechów "pełną gębą", a nie z dwóch kropek i nawiasu. Do oczu moich przyjaciół. Prawdziwych oczu. Do waszej złości, lęku i obaw. Do mojej złości, lęku i obaw. Do wspólnych pretensji i żali. Do drwin i kpinek, do ciepłych wyznań, do waszego towarzystwa. Do naszego grona. Chcę poczuć, że nie jestem sam. Że mam kogo chwycić za rękę w potrzebie i wiedzieć, że potrafię rękę podać, gdy ktoś jej potrzebował będzie. Że mogę śmiać się i płakać. Słuchać ludzkiego płaczu i śmiechu. Opowiadać i chłonąć opowieści. Zwierzać się i zwierzeń słuchać.
"Zróbmy więc prywatkę jakiej nie przeżył nikt, niech sąsiedzi walą, walą, walą do drzwi, sztuczne ognie niech się palą, palą, palą a ty tańcz i wino pij!" (Oddział Zamknięty)
Pokój znany, a jakby obcy mi. Ech, dobrze jest oderwać się od świata. Pośmiać, pożartować, poszaleć. I, mówcie co chcecie, niesamowite z nas ludziska. Miałem to powiedzieć po mowie Droida, ale akurat Aja z Dantomem wymogli na mnie, abym się zamknął na pięć minut (myśleli, że nie wytrzymam - hehe). Więc nie powiedziałem nic, i nie śpiewałem "Sto lat". Przyjmijmy, że wzruszenie odebrało mi mowę (a odebrało, faktycznie, ale następnego dnia). Mówię zatem teraz, z domu, pozbawionego łączności ze światem. Z moimi drogimi przyjaciółmi (ty, Netia, daj mi wreszcie ten telefon!). Mówię głośno i wyraźnie: sukces odnieśliśmy ogromny. Nie dlatego, że jesteśmy inteligentni - bo zawsze i z większością ludzi będziemy potrafili się porozumieć. Nie dlatego, że dobrze się bawiliśmy - przy piwku, grillu i muzyczce to nie żadna sztuka się bawić. I również nie dlatego, że pofatygowaliśmy się po kilkaset kilometrów niektórzy, aby poimprezować z obcymi (do tego zaraz wrócę) ludźmi. Człowiek w odróżnieniu od zwierząt ma potrzeby kulturalne i stara się je zaspokajać.
Naszym sukcesem było to, że w Realu okazaliśmy sobie przyjaźń, szacunek i uczucie, zaangażowanie. A to naprawdę trudne i, bądźmy szczerzy, rzadko nam się zdarza na co dzień. Bo przecież spośród naszych mężów, żon, dzieci, nauczycieli, przełożonych czy rodziców mało kto, tak prawdziwie, jest przez nas obdarzany kredytem zaufania. Denerwujemy się na nich o błahostki wręcz, o poważnych konfliktach lepiej zaś nawet nie mówić. Tymczasem my nie okazaliśmy się sobie obcy. Nie postawiliśmy barier, przełamaliśmy się na początku, przechodząc do porządku dziennego nad tym, iż spotkaliśmy się naprawdę. I zachowaliśmy to, co tak lubimy w IRC-u: swobodę zachowań, wolność myśli i dowolność doboru partnera na query (hihihi). Nałogowo mircowaliśmy i pirchowaliśmy, a przecież działo się to naprawdę: są dowody - zdjęcia, adresy, rachunki, filmy. Nie przestaliśmy się sobie podobać jako partnerzy rozmów, szczerych nieraz aż do bólu przecież. Mało tego: niedosyt jeszcze pozostał! Dowodzi tego niezbicie niedzielna sesja. A poniedziałek: to już szczyt! Nie było nigdy jeszcze tak, aby cały dzień przeciskali się wszyscy przez gąszcz lagów i splitów, by tylko na chwilę choćby zajrzeć: czy wszyscy są, i kogo ewentualnie nie ma. AJA wybrała sie do nas przed południem, a wejście Bulinki o tej porze było czymś całkiem już niesamowitym. Ech... co ukrywać: zjazd zmienił tylko jedno: wiemy jak wyglądamy i jesteśmy jeszcze bardziej pogrążeni w nałogu naszego towarzystwa. Ładne klocki. Może jeszcze parę powiedzonek, udanych docinków i kilka wesołych anegdot... O, choćby to, jak o 6.00 rano jedliście w łóżkach kiełbaski z grilla (niektórzy nawet nie otwierając oczu), serwowane przez konającą ze śmiechu "obsługę".
Zawdzięczam wam kolejny świt mego życia. Dosłowny, ten łódzki, co tu ukrywać, piękny świt, który sobie pooglądałem z ławeczki przed hotelem ćwierćgwiazdkowym. I ten w przenośni, świt uczuć, poranek radości, wschód życia.
Teraz idę spać, słuchając Leonarda Cohena. Bo wspomina się miło, ale muszę Was mieć na żywo!
Dziękuję Wam wszystkim, za odzyskanie wiary w siebie i w sens tego wszystkego, co banalnie nazwę: ŻYCIE.
Dziękuję, OLIMPiusze.
Me zadowolony ze zjazdu. Me zadowolony, bo wszyscy zadowoleni.
Bardzo, bardzo Wasz
Taskar