|
PRZYGOTOWANIA Przygotowania do zjazdu trwały dosyć długo. Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale był on nawet przekładany. I wreszcie nadszedł ten dzień. Jedni czekali na niego z obawą, a inni byli całkowicie pewni, że musi być dobrze.
PIĄTEK Oto jest piątek rano. Zabieram ze sobą bagaż, żegnam się z rodziną na weekend i udaję się do pracy. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że trudno mi będzie się skupić na robocie. Mam przy sobie taką małą listę, na której jest napisane, że około 14.15 przyjeżdża dwóch osobników. Korzystając z usług PKS, do Łodzi przybywają Flash i Undertaker. Wreszcie telefon. Dzwonią i mówią , że są już na dworcu i czekają. Nie ma rady: trzeba zerwać się z pracy i powitać pierwszych gości. Ale jak ja ich poznam? Przecież nigdy ich nie widziałem. Jednak, wykorzystując swój wrodzony spryt (proszę nie brać tego zbyt poważnie), jakoś odnajdujemy się i witamy się wylewnie :)). Okazuje się, że to całkiem poważni goście i można z nimi spokojnie pogadać. Zresztą, czego ja oczekiwałem? Przecież oni są częścią Olimpu, a cały Olimp to spoko ludzie :).
Jest około 14.40. Patrzę na moją listę, a tu za 15 minut mają się zjawić w Łodzi Weronika i Mistrz. Idziemy więc w trójkę na peron i zastygamy w oczekiwaniu... Nadjeżdża pociąg. Wtedy to Flash z Underem rozwijają magiczny, żółty transparent z napisem #olimp. Już wiem, że nowoprzybyli na pewno nas zauważą. Patrzymy: są. Witamy się, przedstawiamy. Atmosfera może jest trochę sztywna, ale rozluźnia się po stwierdzeniu Weroniki: ”Flash: a ja myślałam
, że Ty masz 14 lat”. W tym momencie staliśmy się główną atrakcją dworca Łódź-Fabryczna. Nieczęsto widuje się tam grupki ludzi stojących pod żółtym transparentem i zwijających się ze śmiechu.Półtorej godziny później ma przyjechać z Warszawy następny gość. W czerwonych spodenkach. Lewcia – wamp. Mamy ponad godzinę czasu, więc postanawiamy pójść do ogródka wypić coś odświeżającego. Zbieramy się i idziemy kilkaset metrów dalej. Rozsiadam
y się i Under z Flashem stwierdzają, że nareszcie mogą napić się upragnionego zimnego Żywca (akurat tylko takie było). W autobusie nie mogli trunkować. Powód był jeden: po piwie chce się ....... (wiadomo). A przystanki, jeśli się jedzie tym środkiem lokomocji, są bardzo rzadkie.Szybko pojawia się Qska. Zamawiamy zimne napoje i jest czas na pierwsze spokojne rozmowy. Niestety moja skromna osoba musi jeszcze na chwilę wrócić do pracy. Żegnam się więc na trochę i znikam. Mam około trzydziestu minut do przyjazdu Lewaloff. Z roboty na chwilę wpadam na kanał. Szybka zmiana topicu i już wszyscy wiedzą, że w Łodzi rozpoczyna się zjazd :)
. Na #olimpie spotykam Mzela, który jeszcze pracuje. A przecież wieczorem ma być w Łodzi... To chyba największy pracuś wśród Olimpijczyków. Ja szybciutko kończę, bo już niedługo przyjazd Lewej.Wpadam na dworzec i gorączkowo poszukuję zjazdowiczów. Są.... A przy nich już stoi dziewczę w czerwonych spodzienkach (jak to sama powiedziała). Czyżby Lewaloff?
W tym momencie mamy trochę luzu. Postanawiamy jechać do hotelu. Wsiadamy do autobusu i po przebiegającej w radosnym nastroju półgodzinnej podróży jesteśmy na miejscu. Trzeba załatwić kilka formalności, więc biorę się za to i po chwili możemy iść do pokoi. Wdrapujemy się na drugie piętro i zwiedzamy nasze tymczasowe domy. Żaden luksus, ale ważne, że mamy gdzie spać. Powodowani m. in. chęcią odnalezienia bankomatu, postanawiamy przejść się trochę po terenie. Świńskim truchtem idziemy do stacji BP, lecz nie ma tam tego uszczęśliwiającego urządzenia. Nie cierpiący zwłoki problem z gotówką udaje się jednak załatwić w pobliskim sklepie.
Łażąc beztrosko zapomnieliśmy zupełnie o przyjeździe Nutki, Dantoma i Taskara. Niestety było już za późno. Próbowałem łapać Taskara na komórkę, ale wyszło z tego pewne nieporozumienie, o którym on wie, ale nie napisze :). Nie mając żadnego z nimi kontaktu stwierdziliśmy, że są już dosyć duzi i poradzą sobie (jak się okazało nie pomyliliśmy się – dotarli sami).
Podzieliliśmy się następnie na dwa obozy. Ja, Weronika i Qska pojechaliśmy na dworzec Łódż-Kaliska po Droida, a reszta – na Fabryczną po Endera i Aję. Nam podróż minęła spokojnie i lekko spóźnieni przyjechaliśmy na stację. No dobra, ale teraz jak odnaleźć szefa? Nagrał mi się na komórkę i powiedział, że czeka pod automatami. Jesteśmy tam i nikogo zwariowanego nie widzimy. Sami porządni ludzie tam są :). Jednak po chwili Weronika wskazując pewnego uśmiechającego się (co jak co, ale uśmiechu powstrzymać nie mogłem, tym bardziej, że Byczka rozpoznałem wcześniej - Droid) gościa mówi: “to on”. A ja na to: “podejdź i zapytaj”. Nic... Po minucie znów mówi, że to on. Ja powtarzam to samo. Za trzecim razem nie wytrzymałem. Podszedłem i zagadałem (sama rozmowa dla postronnego obserwatora wyglądała zapewne komicznie: Byczek po dłuższych oględzinach pyta "Marek?", a ja z braku lepszego pomysłu "Roobert???" - Droid). Okazało się , że miała rację. A więc powitaliśmy w Łodzi kierownika zamieszania. Ponieważ Qska musiał się zmyć pożegnaliśmy go i wsiedliśmy w tramwaj, by dołączyć do pozostałych na Fabrycznej.
A tam już komplet. Przyjechał Ender, dołączyła do nas Aja.. Pojawił się również na dworcu Rokita lub Rokit lub Asmodeusz (niepotrzebne skreślić). Ponieważ miał wolne miejsca w samochodzie, więc zabrał ze sobą do hotelu dziewczyny. Reszta musiała zadowolić się komunikacją miejską. Po miłej podróży również i my zjawiliśmy się na miejscu kwaterunku.
Wchodzę na teren hotelu i kogo widzę? Kobieta i mężczyzna przy polonezie. Oczywiście to Edith z mężem. Ledwo ją zobaczyłem , a już musiałem na nią nakrzyczeć (ładnie powiedziane: "musiałem" :) - Droid). Poszło o papierosy. Chciała zajarać i za to ją skrzyczałem :). Okazało się, że niepostrzeżenie pojawił się także SirVisant. Już jest nieźle. Czekamy jeszcze tylko na kilka osób. Nowi rozmieszczają się po pokojach i wreszcie jest czas na pierwsze rozmowy w większym gronie.
Jeszcze tylko jedna osoba ma przyjechać pociągiem. Niesia. Miała przyjechać wraz z Ają, ale pewne okoliczności nie pozwoliły na to. Wiem, że przyjeżdża w piątek, ale nie wiem, o której godzinie i na który dworzec. Okazało się, że Rokita wybiera się, by ją odebrać. Pojechaliśmy więc razem. Przyjechała szcześliwie pierwszym możliwym pociągiem. Kiedy oczekiwaliśmy na powrót chwilowo nieobecnego Asmodeusza, zaczepił nas pewien bezdomny upierając się, że opowie nam za małą opłatą pewien wiersz. Zgodziliśmy się. On – biorąc nas za parę – opowiedział historię pewnej niedobrej kobiety (przynajmniej ja tak zrozumiałem). Po zakończeniu Niesia ładnie i uprzejmie podziękowała za wierszyk, ale dodała, że jej się wcale nie podobał :). Wtedy właśnie podjechał samochodem Rokita i razem udaliśmy się do hotelu.
Jest piątek wieczór, wszyscy czekamy na ostatnich dzisiejszych gości. Na Mzela z żoną i na Bulinkę, która przyjeżdża całą rodziną, przywożąc też Samotnego. Zbieramy się w pokoju numer dwa (tymczasowi właściciele to Flash i Under – pozdrowienia) i rozpoczynamy imprezę. Po kilku godzinach najpierw przyjeżdża Mzel, a później zjawia się Bulinka z najbliższymi i Samotnym. Co się tam działo, nie będę opisywał, bo większośc z nas tam była i sama widziała (tak, a później będą mnie najbliżsi posądzać o niewiadomo co :) - Droid). Mogę tylko napisać, że nikt nie myślał o spaniu. Po nocy pełnej wrażeń około godziny piątej większość z nas zmęczona całonocną dyskusją :) udała się na zasłużony odpoczynek.
SOBOTA
W sobotę dojechało jeszcze dwóch Olimpijczyków: vneb i Wojtek. Po ich przybyciu był już komplet. Nikt więcej już się nie pojawił. Większość z nas miała problem ze wstaniem, ale około południa jakoś się zebraliśmy i postanowiliśmy się gdzieś przejść. Najpierw poszliśmy posiedzieć trochę nad wodą. Potem podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna została nad stawem, a druga postanowiła pojechać na Piotrkowską przejść się i przy okazji coś zjeść. Ja byłem w tej drugiej, więc będę o tym opowiadał (może ktoś opisze, co się działo w pierwszej grupie?).
My sobie zafundowaliśmy długi spacer po deptaku, jakim jest Piotrkowska. Jako, że większość z nas nie jadła śniadania postanowiliśmy wstąpić na jakiś obiad do restauracji. I tu znów Edith nabroiła, wprowadzając w zdenerwowanie kelnera :). Po prostu kiwnęła ona w stronę Nutki siedzącej przy innym stoliku, a tu natychmiast zjawił się kelner, pytając czym może służyć. Już nawet nie pamiętam, co mu powiedziała (musiała się biedaczka tłumaczyć dwa razy, bo system zdalnej komunikacji zawiódł dwukrotnie - Droid), ale było z tego powodu dużo śmiechu (kelner był strasznie zdenerwowany, ciekawe, czy to przez tą okrutną Edith :) - Droid). Po posiłku poszliśmy dalej. Ktoś z nas zobaczył reklamę kawiarenki internetowej. To byłby grzech, by na chwilę nie wpaść na #olimp :). Pełni złudnych nadzei dorwaliśmy się do kompów, jednak okazało się, co było do przewidzenia, że kanał jest prawie pusty i nie ma z kim gadać. W tej sytuacji postanowiliśmy nie tracić czasu na ircowanie (co ja mówię – tracić czas ?). Chyba pan zarządzający kafejką trochę się przestraszył naszej gromady, ponieważ nie chciał nawet pobrać od nas żadnej opłaty za korzystanie z kompów :). Skoro nie to nie... Dokończyliśmy więc spacer, dochodząc do końca Piotrkowskiej i stamtąd udaliśmy się do hotelu na umówiony wieczór połączony z grillowaniem.
Wieczorną imprezkę zaczęliśmy około dwudziestej. Zaczęło się toastem za Droida. Wszyscy wypili po lampce szampana i po okolicznościowym przemówieniu szefa rozpaliliśmy grilla. W bardzo miłej atmosferze, pijąc różne trunki, zajadając kiełbaski, spędziliśmy całą noc. Śpiewaliśmy przy akompaniamencie gitarzystów: Dantoma i Taskara (wymieniali się). Wspierała ich wokalnie na początku tylko Nutka (bardzo ładny głos). Na początku, bo wraz z upływem czasu (i wraz ze wzrostem spożycia) większość z nas zadziwiająco chętnie użyczała swojego głosu. To był bardzo udany wieczór (i noc).
NIEDZIELA
Impreza zakończyła się nad ranem. Nie wszyscy jednak poszli spać. Ktoś z nas wpadł na pomysł, by upiec kiełbaski i zanieść je o szóstej rano do śpiących zjazdowiczów. I tak się stało. Bulinka, Elbląski i Taskar postanowili wprowadzić ten pomysł w życie. Wzięli gorące śniadanie i poszli częstować nim śpiących. Ja w tym nie uczestniczyłem (zajęty mocno osobistą rozmową z Edith, nieprawdaż Byczku? - Droid), a szkoda, ponieważ słyszałem, że widok niektórych z nas przebudzonych ze snu zapachem pysznej kiełbaski był komiczny.
Około godziny dziesiątej wszyscy z nas już byli na nogach. To niestety już dzień pożegnania. Ja z Flashem, Underem i Taskarem, zanim się wszyscy obudzili, zdążyliśmy już skoczyć na stację benzynową i poczynić pewne zakupy. Pierwszym wyjeżdżającym był Droid. Około godziny dziewiątej musiał już nas opuścić. Odprowadziłem go na dworzec i wróciłem do hotelu. Tam już panowała smutna atmosfera. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie kwadranse razem. Około południa odjechali następni: Mzel z żoną, Bulinka z rodziną i Samotnym, SirVisant z Nutką, Dantomem i Taskarem i inni...
Około trzynastej smok odwiózł na dworzec Weronikę z Mistrzem i sam pojechał do domu... Zostało nas tylko kilkoro: Lewa, Niesia, Ender, Flash, Under, Qska i ja. Poszliśmy na dworcowy bar, by coś zjeść. Under po spożyciu pieprznych flaków i wypiciu kilku herbat z cytryną stwierdził, że czuje się już bardzo dobrze :). Za chwilę odjechał Ender i Qska. Została nas już tylko piątka. W oczekiwaniu na pociąg do Warszawy wspominaliśmy minione godziny. Wreszcie pociąg podstawiono i czwórka wspaniałych mogła zająć sobie przedział. Jeszcze kilka pożegnalnych zdjęć i odjazd pociągu... Zostałem na peronie, wspominając zjazd, tylko ja. Inni już byli w drodze do domu... Zabrałem swój bagaż i wsiadłem do autobusu.
WRAŻENIA Tak oto zakończył się zjazd kanału #olimp...
Możecie mi wierzyć lub nie, ale stojąc na dworcu, gdy odjeżdżali ostatni Olimpijczycy, żałowałem, że to już koniec. Minęło to jakoś szybko. We wcześniejszych rozmowach przedzjazdowych wielu z nas obawiało się spotkania. Mam nadzieję, że teraz nikt nie żałuje swojego przyjazdu do Łodzi. Osobiście jestem bardzo zadowolony. I myślę, że moglibyśmy kiedyś ponownie się spotkać. Wcześniej zastanawiałem się, jak to możliwe, by ludzie nie znający się osobiście mogli stworzyć taką atmosferę na kanale. Teraz nie dziwię się już. Spotykając ich osobiście przekonałem się, że są to osoby wyjątkowe.
Dziękuję Edith, Lewej oraz Flashowi za pomoc w pisaniu relacji, mimo, iż nie wszystkie ich rady zostały uwzględnione. Dziękuję wszystkim zjazdowiczom za mile spędzone chwile.