Olimpiada      Złota, barwna, smutna, refleksyjna
     Taskar
W

Drzeworeszcie jesień! Nadeszła, pomalutku przyzwyczajając nas do chłodów wieczornych i rannych. Nie przepadam za jesienią, generalnie rzecz biorąc. Nie przepadam za tym przedpolem twierdzy o imieniu Zima. Ma jednak ta pora roku zalet kilka.

Jest niewątpliwie przepiękna w swej, niekoniecznie złotej, barwności różnokolorowych liści, gałązek, kasztanów, żołędzi tudzież wszelkich owoców - od jabłek począwszy, na późnych, listopadowych gruchach skończywszy. Śliczna w swym chaosie zbieractwa, wykopek buraczano-ziemniaczanych. Tu chylę czoła przed PhonesBusem, który przypomniał mi, że naprawdę tak jest na świecie. Dziękuję ci za to, iż wyjrzałem przez okno. Że nie pozwoliłeś mi przegapić uroków jesieni.

Smutna jest i refleksyjna w nieładzie porządkowania pozostałości po zbiorach, po opadłym listowiu, po spadających ulewach i wichurach. Przygnębiająca nieuchronnością tego zimna, które spowolni niedługo cały świat, przyhamuje naturalną, zwierzęcą aktywność (mówię o aktywności człowieka, rzecz jasna, który zimową porą, okutany po szyję i czubek nosa, bądź siedzący w swym mieszkanku, przypomina nieodzownie niedźwiadka w gawrze wymoszczonej suto suchymi badylkami i listowiem). Zaletą jawi mi się zwłaszcza ta refleksyjność, której maleńko na naszym zabieganym świecie.

Spacerową jest porą, nawet gdy ani nie polska, ani nie złota jesień się trafia. Prędzej czy później wychyniemy z domu, wyściubimy nos i może nawet uda nam się wrócić myślą do czasów podstawówki, gdy pod nogi pacnie nam brązowy, błyszczący kasztanek? Więc mamy szansę spotkać kogoś dawno nie widzianego, a to miłe (uwaga: są wyjątki!).

No i wreszcie, "last but not least", jesień ma atut, odkryty przeze mnie dopiero w tym, 1999 roku, gdy po raz ostatni czterocyfrowa data zaczyna nam się jedynką. Otóż jesień kończy wakacje. Gdzie atut? Na IRC-u, moi mili, na #Olimpie! Wraca świetność kanału z czasów wiosny, podbudowana letnią przerwą, śmieszną wakacyjną jałowością, niepotrzebną i okrutną (eh, Edith, cośmy tu przeżyli w sierpniu...Cośmy się namęczyli? Szkoda przypominać nawet!) Wracają twarze wypoczętych "ludzisków". Nowi się schodzą dość tłumnie, zwabieni hałasem i śmiechem. Życie tętnić zaczyna. Jest nieźle. Nieźle naprawdę! Warto więc było doczekać, dotrwać do tej pory roku, pory renesansu #olimpu. W szeleście liści, w smutku pożegnań ze słoneczkiem grzejącym, klepanie klawiszy dodaje nowego smaczku tegorocznej jesieni.

***

N

ic nie mam - zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem.
Nawet nie wiem jak tam sprawy za lasem.
Rzeczywiście, tak jak księżyc, ludzie znają mnie
tylko z jednej, jesiennej strony.

Lub inaczej, jak śpiewał Wołodia Wysocki, kiedy jeszcze żył pełnią życia:

Więc zostawcie niepotrzebne spory,
ja już sobie wszystko wyjaśniłem.
Lepsze od gór mogą być tylko góry -
takie, w których jeszcze nie byłem.

Skończył się wrzesień, w którym zaczynałem pisać ten artykuł. Minął niepostrzeżenie październik. Znowu słucham smutnych pieśni. I w takt jakże adekwatnych ballad Leonarda Cohena przepisuję to, co mi się napisało "przy listopadzie".

Otóż jesień ma także ten cmentarny pogłos. Choć to nie pora umierania (bo śmierć kosi największe żniwo latem), to jednak mdłym zapachem wdziera się w tą sferę mózgu, gdzie trzymamy szelest liści w alejkach, gdzie spacerowicze raz jedyny w roku tłumnie wylegają. W te miejsca jesień się wpycha, gdzie leżą pokłady pamięci o bliskich lub dalekich, ale już z pewnością nieżyjących... W te miejsca, które żarzą się tylko z rzadka, a jesienią rozpalają je ognie, ognie jakich już nie widujemy na co dzień - jako iż zarzuciliśmy gazowe latarnie uliczne z ich płomyczkiem mglistym, jak również pochodnie rozświetlające nocne mroki oraz świece, skwierczące nierównością knotów i ożywiające swym migotaniem najbardziej marmurowe, skamieniałe wnętrza. Nawet kaganek oświaty ktoś pierdolnął w kąt! Jedyne, co widzimy, to płomień zapalniczki przed papierosem. Ale nie zwracamy na niego uwagi, zajęci wchłanianiem nikotyny z jej niebieskim dymkiem lub nie nikotynizujemy się w ogóle. Jedyne, co zapalamy ustawicznie, to palniki gazowej kuchenki, ale kto by tam zaglądał pod spód garnka, gdy trzeba patrzeć, żeby nam się mięsko nie przypaliło! Jedyne świątynie ognia, jakim hołdujemy, to lampki (już nie oliwne nawet, tylko olejowe raczej). Lampki, stanowiące dekorację mieszkania zaledwie, które kurzą się, czekając na uroczystą kolację przy "świecach" i które, gdy taką kolację znienacka i absolutnie przypadkowo zdarza nam się spożywać, przeważnie zapominamy zapalić.

Tak więc, niesie jesień ze sobą ten dzień, który ożywia w nas kult ognia. Pozwala rozniecić płomień - i obserwować migotliwy urok zniczy, choćby przez chwilę. I może dlatego znicze tak magicznie zestawiamy ze wspomnieniem zmarłych, z myślami o przemijaniu, nieuchronności, śmierci. Bo ogień spala, bo w proch popielny obraca, bo nie trwa wiecznie i czasem tak łatwo go zgasić... Bo memento mori, więc o śmierci pamiętamy - gdzieś w podświadomości - stale. Bo vanitas vanitatum et omnia vanitas est, więc w głębi swojego, mniej lub bardziej beztroskiego, żywota wiemy dokładnie, że faktycznie marność nad marnościami i wszystko jest marnością. Bo staramy się jednak z pomocą carpe diem chwytać dzień każdy, jako że tempus fugit czas ucieka, a jeszcze dodatkowo wszystko płynie, jak mawiał Pantha rei. Bo chcielibyśmy, jak ten Feniks z popiołów... ale nie bardzo mamy pewność, że nam się to uda.

Pewnie dlatego, gdy jesienny wiatr niesie zapach gnijących liści, świeżo suszonych grzybów i orzechów, przejrzałych, opadłych owoców i porządkowych ognisk na ogródkach, zwalniamy na chwilę, czasem nawet zatrzymujemy się. I wdychamy tą przedziwnie aromatyczną mieszankę, jakby niosła w sobie coś poza zapachem. Coś znacznie, znacznie bardziej ulotnego niż dym. Coś tak filozoficznego, że a trudno sprecyzować. Coś nieuchwytnego jak dym. Coś, co sprawia, że ze strachem spoglądamy przez ramię, że spuszczamy głowy i wbijamy wzrok w ziemię. Jesień.
Jesień wraca. Również latem. Wie o tym każdy, kto został kiedyś nad żarzącym się, dogasającym ogniskiem, gdy nie ma już o czym, lub z kim rozmawiać. Gdy rozmawiać dłużej nie ma po prostu sensu. Gdy zapada cisza, w której czasem coś tylko znienacka trzaśnie lub iskrą w niebo wystrzeli. Gdy późno i ciemno, ale jakoś sen nie przychodzi. Bo może zgasnąć nam przyjdzie we śnie i gdy świat się obudzi rankiem, nie będzie już ogniska. Naszego ogniska. Nie będzie nas.

Zapaliłem znicz. O jeden za dużo. Jeden więcej, niż trzeba. Jak zwykle. Za ciebie, za siebie, za was. Za nas wszystkich. Teraz - na wszelki wypadek. Potem mogę już nie mieć okazji.

Wasz Taskar

Powrót