Olimpiada      Nie wierz nigdy kobiecie
     Creature

Jako bywała kreatura nigdy nie przepuszczam okazji do poszerzenia swoich horyzontów i spróbowania czegoś nowego. Tak więc kiedy nadarzyła się okazja do spotkania w realu kobiety, z którą od dłuższego już czasu bywałem sam na sam w salonach irc.chip.pl, postanowiłem: "teraz albo nigdy" . Pod pretekstem demonstracji kasy fiskalnej (którą moja wybranka była zainteresowana), udałem się do pobliskiego W. Z poczynionych wcześniej ustaleń wynikało, że moja wybranka jest w wieku około 24 lat i oprócz tego jest w domu sama (moje czarne kreaturze serce aż drżało z podniecenia). Radosny więc jak skowronek nad wodospadem w ciepły czerwcowy poranek podążałem niczego się nie spodziewając tam gdzie szosa prowadzi. Dojechałem do W. i uzbrojony w rozbrajający uśmiech i ulotki reklamowe udałem się pod wskazany adres. Jak każe dobre wychowanie wytarłem nogi na wycieraczce sąsiada i zapukałem do drzwi. Podwoje się rozwarły i... pojawiła się w nich kobieta. Wprawdzie bardzo atrakcyjna i seksowna poniekąd, lecz nijak nie wyglądająca na 24 lata. Mimo wszystko jinteligentnie zagaiłem:
- Creature... tzn. Robert jezdem... znaczy się Dziadosz po rodzicielu.
Na to obiekt moich westchnień odpowiedział
- Mnie na chrzcie Anna dano. To ty? Wydawało mi się ze jesteś wyższy.
- Tak to ja - odparłem, bo nic innego do głowy mi nie wpadło. Jednak dobrze trafiłem i tak do końca na idiotę nie wyszedłem (jak się miało później okazać cieszyłem się przedwcześnie). Zdjąwszy obuwie udałem się na salony. Moja miła gospodyni podała herbatę, przy której się okazało, że rozumiemy się tak samo dobrze jak na ircu. Moja wewnętrzna radość sięgała już prawie zenitu, gdy z kuchni dobiegło mnie przytłumione śpiewane barytonem:
- Pojedziemy na łów, na łów towarzyszu mój...
Chwyciłem za gardło mój instynkt samozachowawczy:
-Czemuś sqbany mnie zawiódł?
Na odwrót było już za późno. Zerknąłem tylko dyskretnie za okno myśląc: "nie jest źle, jak spadnę na krzaki to przeżyję". Postanowiłem jednak tymczasowo zostać.
- To mój mąż, czyści właśnie sztucer - powiedziała moja gospodyni. Poczułem nagle, że mój iloraz inteligencji spada do liczby stopni za oknem (początek stycznia). "Mam nadzieję, że ona żartuje". Konwersacja ustała. Anna chciała pewnie rozładować sytuację:
- Kochanie wypijesz z nami herbatę? - krzyknęła w stronę kuchni.
- Już idę! - dobiegło z kuchni. W drzwiach salonu pojawiło się indywiduum przypominające naładowany sterydami Kasprowy Wierch (a cha!, widział ktoś górę ze sztucerem? Ta miała). Oczyma wyobraźni widziałem już mój uśmiechnięty pysk wiszący na ścianie z różą w zębach.
- PO CO PAN PRZYJECHAŁ????? - zapytał życzliwie.
- Przyjechałem umówić się z pana żoną - odpowiedziałem niechcący zgodnie z prawdą (byłem zaskoczony, że w ogóle udało mi się cokolwiek powiedzieć).
- Acha, to dobrze - powiedział mój rozmówca.

Z biegiem czasu odłożył sztucer na podłogę, co mi znacznie poprawiło humor (znacznie bardziej podobam się sobie niepodziurawiony). Reszta wieczoru przebiegła w handlowej atmosferze. Od tamtego czasu widzę Annę często w jej sklepie, myślę, że się zaprzyjaźniliśmy. Zapomniałbym powiedzieć: Kupili ode mnie kasę :).

Uprzedzając wszelkie pytania chciałbym dodać jeszcze że cała ta historia zdarzyła się naprawdę. Zmienione zostały jedynie szczegóły mogące ułatwić identyfikację (nie moją oczywiście).

Powrót